Ostatnie notki
Zakładki:
Czytam obecnie:
Przeczytane w
Wyzwanie
Z chęcią zerkam tutaj:
|
Wiatr sprawia iż nasiona dmuchawca wędrują daleko w świat,w tylko sobie znanym kierunku...tak moje myśli za sprawą książek wędrują w coraz to inne obszary...mojej wyobraźni
środa, 02 września 2009
Przekwitająca róża miniatury
Kolorowe czytanie - czerwony
"Nazywam się Czerwień" (Benim Adım Kırmızı), Orhan Pamuk, przeł. Danuta Chmielowska Wydawnictwo Literackie, Kraków, 2007 powieść, jęz. oryg. turecki, str. 592 „Tak zwiędła czerwona bujna róża miniatury, która dzięki Persom kwitła w Stambule blisko sto lat. Walka między stylem starych mistrzów z Heratu i nowymi europejskimi metodami, która stała się przyczyną kłótni między malarzami i zrodziła tyle problemów, skończyła się niczym. Od tej pory nie rysowano tak jak na zachodzie, ani tak jak na Wschodzie. Malarze nie oburzali się i nie buntowali, przyjęli to wszystko ze smutną pokorą, jak starzec w milczeniu przyjmuje chorobę. Nikt więcej nie interesował się dziełami wielkich mistrzów z Heratu i Tabrizu ani nowymi metodami Europejczyków. Miniatura pogrążyła się w ciemności jak miasto, kiedy nocą gasną wszystkie światła i zamykają się drzwi domów. Nikt nie pamiętał czasów innego postrzegania wszechświata.” 1
XVI wieczny Stambuł - czas przekwitu "bujnej róży miniatury". Pod koniec prac nad ilustracjami do księgi wykonywanej na polecenie sułtana na tysięczną rocznicę hidżry zamordowany zostaje jeden z wykonujących je miniaturzystów - Elegant. Podejrzenie o zbrodnię pada na trzech pozostałych ilustratorów - Oliwkę, Bociana i Motyla. Wszyscy czterej wykonują ilustracje do księgi w wielkiej tajemnicy przychodząc pojedynczo do mieszkania ich opiekuna - "Wuja" tam tworząc i jednocześnie nie widząc nawzajem wyników swoich starań. Na życzenie "Opiekuna Świata" rysunki wykonywane są w stylu europejskim, aby pokazać, że "[...] on sam i jego państwo znają europejski sposób malowania oraz panujące w Europie obyczaje i potrafią ich tak samo dochowywać." 2 W tym samym czasie po dwunastu latach nieobecności do miasta wraca Czarny. U Wuja spotyka jego córkę - Şeküre i płomień niespełnionej miłości na nowo wybucha. Starając się tym razem zdobyć rękę samotnej matki dwóch synów na próżno czekającej na powrót męża z wojny. Czarny jednocześnie zapoznaje się z pracą Wuja i próbuje rozwiązać zagadkę morderstwa.
Już od bardzo dawna trawiła mnie przemożna chęć przeczytania właśnie tej książki Noblisty Orhana Pamuka. Nie pamiętam już czemu i dlaczego, ale pojawiła się ona i nie opuszczała mnie na krok. Widząc nowe wyzwanie czytelnicze "Kolorowe czytanie" od razu nasunęła mi się na myśl ta pozycja do przeczytania. W końcu wypożyczyłam, przeczytałam i ...mówiąc szczerze zawiodłam się :( Moi drodzy, nie myślcie sobie, że jest to słaba powieść. Co to, to nie! Jednakże chyba zbyt duże mniemanie miałam o niej. Czasami tak się już zdarza. Orhan Pamuk ukazuje w niej czasy miniaturzystów a dokładnie ich schyłek. Uczynił to w sposób bogaty a może aż zbyt przebogaty, mogący osoby niezainteresowane tym odrobinę znużyć. Mi osobiście to nie przeszkadzało bo dzięki temu mogłam poznać tę dziedzinę sztuki, dotychczas mi nieznaną. Sama nie posiadam talentu plastycznego a prace wykonywane w ramach zajęć plastyki w podstawówce najchętniej schowałabym pod ziemię ;) dlatego też chyba z tak wielkim podziwem zawsze oglądam piękno prac "uzdolnionych" osób. W powieści czytelnik wraz z Czarnym może ukradkiem wejść do środka ówczesnej pracowni zaznajamiając się z tym co się tam dzieje. „Idąc za młodym i przystojnym terminatorem, minąłem podeszłych wiekiem mistrzów introligatorów, którzy dostawali zawrotów głowy od zapachów żywicy i kleju, mistrzów miniaturzystów, którym w młodym wieku wyrosły garby, i pomocników, którzy mieszali farby, nie patrząc w misy na ich kolanach, lecz smętnie wpatrując się w płomienie pieca. W rogu zauważyłem starca, starannie malującego trzymane w rękach jajo strusia, innego starszego mężczyznę z przyjemnością ozdabiającego skrzynkę i młodego praktykanta, który obserwował ich z szacunkiem. Przez otwarte drzwi dostrzegłem młodych uczniów, skarconych przez mistrzów, którzy z rozpalonymi policzkami pochylając się delikatnie nad rozpostartymi przed nimi kartami, próbowali zrozumieć popełnione przez siebie błędy. W innym pomieszczeniu smutny i zmartwiony praktykant, zapomniawszy o farbach, kartonach i malarstwie, patrzył na ulicę, którą przed chwilą podekscytowany spacerowałem. W jednej z innych cel miniaturzyści kopiujący malowidło, przygotowujący szablon i farby oraz ostrzący pióra przyglądali się mi – obcemu –spode łba.” 3 a także dzięki jego wspomnieniom zapoznać się z czasami, w których i on uczęszczał po nauki do pracowni: „Przypomniały mi się chłosty oraz uderzenia kijem w stopy aż do krwi, które otrzymywali leniwi lub marnujący drogie farby praktykanci.” 4 oraz zobaczyć jak przez kilkanaście lat zmienił się w jego oczach naczelny mistrz Osman, który jawił mu się we wspomnieniach na podobieństwo godnego podziwu Behzada. Nie ma jednoznacznego kryterium określającego uzdolnionego mistrza, gdyż ono zmienia się wraz z upływem czasu. "Ważne jest, by talent i moralność miniaturzysty nie zagrażały, ale służyły tradycji naszej sztuki." 5 Mistrz Osman zadawał trzy pytania, aby się zorientować co niesie ze sobą dany malarz. Najpierw pytał o podpis i styl, czas miniaturzysty i Allaha a na końcu o ślepotę. W czasach miniaturzystów artysta nie podpisywał się na swej pracy oraz posługiwał się stylem mistrzów, których starał się wiernie odtwarzać i im dorównać. W ten sposób czasami ciężko potem było rozpoznać autora pracy. Nie ważna była bowiem osoba, która to dzieło stworzyła, lecz jego wartość. Natomiast ślepota była nagrodą - "[...] największym wyróżnieniem dla miniaturzysty jest widzieć w ciemnościach zesłanych przez Allaha." 6 co może być dla nas obecnie czymś dziwnym, gdyż przecież ślepota powoduje poruszanie się artysty w ciemnościach, w których nie może się odnaleźć doprowadzając go nie raz do rozpaczy. Natomiast w ówczesnych czasach nawet z zawiązanymi oczami potrafili miniaturzyści rysować konia zaczynając najczęściej od kopyt. „Bywało, że na mistrzów, którzy nie oślepli na starość, patrzono podejrzliwie, dlatego wielu z nich robiło wszystko, by pozbyć się wzroku. Z szacunkiem odnoszono się również do twórców, którzy sami się oślepiali, idąc za przykładem legendarnych mistrzów, wybierających utratę wzroku zamiast pracy dla innego władcy lub zmiany stylu.” 7 Poza obszernymi opisami o miniaturze w powieści Orhana rzuca się w oczy ciekawa kompozycja. Każdy rozdział ma swojego narratora, którym jest nie tylko człowiek a także np. tytułowa Czerwień czy drzewo. Dodatkowo podobały mi się zdobienia pierwszych stron każdego rozdziału, które były dopasowane do klimatu powieści. I choć zetnęłam się jakiś czas temu z tym, że nie wszyscy kończą tę książkę to wierzę, że znajdzie się jednak wiele osób chcących zapoznać się z tą powieścią i do końca ją przeczytają. Moja ocena: 4+/6 Wybrane cytaty:
----------------- 1 - Orhan Pamuk, "Nazywam się Czerwień", tłum. Danuta Chmielowska, wyd. Literackie, 2007, s. 584 2 - Tamże, s. 53 3 - Tamże, s. 83-84 4 - Tamże, s. 84 5 - Tamże, s. 94 6 - Tamże, s. 95 7 - Tamże, s. 411 8 - Tamże, s. 93 9 - Tamże, s. 171 10 - Tamże, s. 269 11 - Tamże, s. 52
czwartek, 30 lipca 2009
"Kojec dla Kogutów"
Kolorowe czytanie - Biały
Aravind Adiga, Biały tygrys (The White Tiger), przeł. Ludwik Stawowy,powieść, str. 256, Prószyński i S-ka SA, Warszawa 2008 " - Jesteś, młody człowieku, inteligentny, szczery, energiczny,a tamci to stado opryszków i idiotów. Jakie jest najrzadsze zwierzę w dżungli, stworzenie,co pojawia się raz na pokolenie? - Biały tygrys - odpowiedziałem po namyśle. - To właśnie ty tutaj, w tej dżungli - odparł inspektor. Zanim wyszedł dodał jeszcze: - Napiszę do Patny, żeby Ci przysłali stypendium. Musisz iść do prawdziwej szkoły, gdzieś daleko stąd. Musisz dostać prawdziwy mundurek i prawdziwe wykształcenie." 1
Biały tygrys żyjący jedynie w subtropikalnych lasach Bengalu w północno – wschodnich Indiach stanowi osobliwość poszukiwaną przez ogrody zoologiczne. Przyciąga swoim charakterystycznym umaszczeniem sierści i wzrokiem mogącym zahipnotyzować. Tak samo rzadki okaz stanowią osoby, które wybiły się z Ciemności w kraju, gdzie urodzenie i kasta determinują nie tylko ich los, ale także ich dzieci i wnuków. Bowiem „[…] Indie to dwa kraje w jednym: Indie Jasności i Indie Ciemności. Jasność przynosi […] krajowi ocean. Każdemu miejscu na mapie Indii położonemu blisko oceanu wiedzie się dobrze. Ale rzeka przynosi Indiom ciemność – czarna rzeka.” 2 Rzeka ta swymi długimi mackami owija się wokół swych ofiar, które rzadko kiedy potrafią wydostać się z nich i to z niezmiernym trudem. Okupione to często jest nieczystym sumieniem i wyrzutami, że swoje szczęście wiąże się z cierpieniem innych, a ciężko z tym przecież żyć... Tytułowy "Biały tygrys" to w rzeczywistości Balram Halwai, któremu imię nadał nauczyciel w szkole, gdyż przez rodzinę nazywany był Munna co znaczy po prostu "chłopiec". Jego historię - od lat młodzieńczych w biednej wiosce Laxmangarh aż po życie dorosłe w Bangalurze, możemy poznać czytając e-maile pisane nocną porą lub nad ranem do premiera Chin pana Jiabao na swym srebrnym laptopie firmy Macintosh. Śledzimy jak z biednego i niewinnego młodzieńca staje się pewnym siebie przedsiębiorcą poznającym twarde prawa rządzące rzeczywistością - zjesz albo sam zostaniesz zjedzony. Jak sam wyznaje: „Mój kraj należy do tych, w których opłaca się grać na dwie strony: hinduski przedsiębiorca musi być jednocześnie rzetelny i nieuczciwy, drwiący i wierzący, podstępny i szczery.” 3 Munna pragnie wydostać się z "Kojca dla Kogutów", w którym tkwi tysiące takich jak on. Pragnie nie być bezwolną marionetką poddającą się swojemu losowi przypisanemu już przy urodzeniu. Chce wziąść los w swoje ręce i przestać być służącym, choć uniżoność wobec "Wielkich" ma już we krwi z dziada i pradziada. Pragnie coś zmienić, lecz droga by tego dokonać jest w zasadzie jedna... Książkę Aravinda Adigi czytałam z zapartym tchem ciekawa kraju, o którym tak mało wiem - Indiach. Pokazane jest jak większość ludności tego kraju żyje w ubóstwie a najważniejszym członkiem rodziny jest bawolica - ze wszystkich najgrubsza bowiem z jej tłustością wiązały się wszelkie nadzieje rodziny. Dzieci bardzo szybko kończyły naukę nierzadko nie umiejąc nawet pisać i czytać, gdyż potrzebna była kolejna para rąk do pracy. Wioską Laxmangarh rządziły cztery Zwierzaki (Bawół, Bocian, Dzik i Kruk), ciągle głodne i nienażarte wykorzystując mieszkańców wsi. Promyczek nadziei na lepsze jutro stanowiło wyjechanie na południe kraju - do Jasności, aby tam szukać swego szczęścia. Często bywały one płonne gasnąc w brudzie slumsów lub pod mostem. Niekiedy tak jak Balramowi, dzięki determinacji, inteligencji i charakterowi udawało się wyjść z Kojca dla Kogutów przechodząc na drugą stronę - Wielkich Brzuchów. Moja ocena: 5+/6 Wybrane cytaty:
--------------- 1 - Aravind Adiga, "Biały Tygrys", tłum. Ludwik Stawowy, wyd. Prószyński i Spółka, 2008, s. 34. 2 - Tamże, s. 17 3 - Tamże, s. 12 4 - Tamże, s. 27 5 - Tamże, s. 13 6 - Tamże, s. 26 7 - Tamże, s. 84
czwartek, 23 lipca 2009
Wakacje i wyzwania.
Witam po bardzo długiej przerwie. W zasadzie od początku roku zaniedbałam to miejsce i kazałam wykazać się niezmiernie dużą cierpliwością osobom, które od czasu do czasu tu przybywały. A czy warto było czekać będziecie mogli kochani przekonać się z czasem;) Tłumaczyć się można by długo jednak napiszę 2 słowa - KONIEC STUDIÓW. Co się z tym wiąże to wiadomo. Ponieważ wybrałam sobie pracę magisterską doświadczalną i badałam pewne krople do oczu, nie miałam zbyt wiele czasu wolnego. Na szczęście dosłownie wczoraj rozpoczęły mi się w końcu wakacje i mogę odetchnąć z ulgą. Nie wiem jak mi zleciało te 5 lat, ale jakoś poszło (i to nawet nie tak źle;) ). Skręcając się z zazdrości;) śledziłam jak tylko miałam wolną chwilkę, Wasze starania w poprzednim wyzwaniu czytelniczym, które rozpoczęło się w dniu moich urodzin. Dziś mogę i ja przyłączyć się również do kolejnych. Jak małe dziecko cieszące się na słodycze, tak i ja zacieram dłonie na nowe przygody czytelnicze. A zapowiada się kolorowo i egzotycznie:):) Jak zwylke z wyborem książek było ciężko choć stanowi to część frajdy. Jeśli jeszcze ktoś nie wie o jakie wyzwania czytelnicze chodzi zapraszam tutaj i tutaj :) Oto co sobie zaplanowałam: Kolorowe czytanie:
Moja podstawowa trójka:
Listę rezerwową tworzą:
Literatura na peryferiach:
Moja podstawowa trójka:
Lista rezerwowa:
Tak jak w kolorowym wyzwaniu kierowałam się listą "książek do przeczytania" (która rozrosła się do niebotycznych rozmiarów i dzięki temu wyzwaniu będę mogła ją ciut uszczknąć) tak w tym wybrałam w zasadzie książki, o których dopiero dzięki wyzwaniowej liście mogłam przeczytać i się dowiedzieć. Mam tylko nadzieję, że się nie rozczaruję.
Życzę wszystkim udanych lektur (zresztą już widzę, że takowe nastąpiły) i zrealizowania planów czytelniczych a Padmie jako organizatorce jeszcze raz BARDZO PRAGNĘ PODZIĘKOWAĆ. JESTEŚ WSPANIAŁA!
sobota, 11 kwietnia 2009
![]() Zadumy u grobu pustego, radości ze spotkania Zmartwychwstałego, pokoju, nadziei, jajka smacznego i udanego oblewanego! Niech się nie zgubi wśród tylu pisanek świąt sens prawdziwy - Jezus - Baranek P.S. Wszystkim moim czytelnikom życzę udanych świąt i odpoczynku. Cieszę się, że pomimo awarii komputera nadarzyła mi się okazja złożenia Wam życzeń. Przesyłam moc uścisków i garść uśmiechów. Jak to dobrze, że w końcu nastała wiosna!!!! :):):):)
piątek, 20 marca 2009
Zatonięta wyspa nadziei
„Spoglądał na wyżarte ogniem dachy domów. Czego się właściwie spodziewał? Wyspy za frontem? Ojczyzny, spokoju, schronienia, pociechy? Może. Ale wyspy nadziei dawno już zatonęły w monotonii bezcelowej śmierci, fronty były rozdarte, a wojna wszędzie. Wszędzie, nawet w umysłach i sercach.” Każdy z nas zmęczony po ciężkim dniu pracy podąża jak najszybciej do swego domu. Domu, w którym będzie mógł zjeść ciepły posiłek po dniu spędzonym tylko na kanapkach a może i nawet nie... Domu, w którym choćby na godzinkę czy pół chce się wyciągnąć na kanapie i po prostu nic nie robić. Miejsca, gdzie pośmieje się i porozmawia z pozostałymi domownikami. Ta atmosfera pełna ciepła prawdziwie domowego ogniska, gdzie zdażają się może nie raz jakieś nieporozumienia ale wiadomo, że wraca się do swojego miejsca... Taka nasza mała wyspa na oceanie w czasie sztormu... Od pierwszych stron powieści Remarque'a można poczuć zapach i nastrój wszechogarniającej śmierci na rosyjskim froncie w czasie II wojny światowej. Śmierci, która miała inny zapach w Rosji aniżeli w Afryce. Bowiem w Afryce chociaż też zwłoki leżały długo na liniach frontu to jednak słońce operowało szybko powodując, że ciała w krótkim czasie stawały się lekkie i wysuszone a znajdowane po tygodniach "pozostawały niemal tylko szkielety klekocące w zbyt obszernych nagle mundurach. To była sucha śmierć - w piasku, słońcu i wietrze. W Rosji śmierć była mazista i cuchnąca". Gdzie tająca pierzyna śniegu odkrywała poszczególne części ciała zabitych, zarówno rosyjskich jak i niemieckich żołnierzy oraz cywilów, śpiących wiecznym snem...Odkrywała brzydotę i prawdziwą twarz wojny, wojny która zabrała tysiące istnień ludzkich...Któżby patrząc na to wszystko nie tęsknił za choćby odrobiną normalności, bezpieczeństwa odurzony tymże widokiem tak dzień po dniu? Każdy żołnierz marzył o powrocie choćby na chwilę do rodzinnego domu, kombinując jakby pozostać tam, w bezpiecznej przystani, na zawsze. Także i młody żołnierz Ernst Graeber wypatruje swojego urlopu i wytchnienia od tego wszystkiego. Chciałby pozostawić to gdzieś hen, daleko za sobą. Widząc klęski swej armii powoli godzi się na to, że znów jego miejsce w kolejce na urlop zapewne przeniesie się na nieokreśloną przyszłość i tylko dzięki odrobinie szczęścia, dosłownie tuż przed cofnięciem wszystkich urlopów dostaje decyzję o nim. Z nadzieją w sercu wraca koleją do domu wśród innych żołnierzy, widząc po drodze zniszczenia wojny. Wraca chcąc zobaczyć w końcu niezniszczone domy, pola uprawne, sady...lecz jak szybko się przekonuje to tylko czcze pragnienia. Jakże się zdumiewa widząc, że macki wojny dosięgnęły także i jego kraj! Gdzie jest to jego kochane miasto? Czy to ta sama jego ulica Hakenstrasse? Czy te szczątki to naprawdę jego kamienica, dom? Ernst musi szybko przyzwyczaić się do niespodziewanej rzeczywistości. Przekonuje się, że na froncie nie podają rzetelnych informacji o sytuacji panującej w kraju jak i w III Rzeszy o prawdziwej sytuacji na froncie...Zapoznaje się od nowa z topografią miasta i bezowocnie szuka wszędzie swoich rodziców. Niestety bardzo szybko się przekonuje iż to wcale nie będzie takie proste, gdyż poszukiwanych jest tysiące ludzi. Szuka wszędzie, gdzie tylko zdoła razem z poznanym żołnierzem chcącym odnaleźć swoją żonę. Dzieląc obszary poszukiwań na połowę mają większą szansę na odnalezienie swoich bliskich tym bardziej, że każdy z nich ma zaledwie kilka tygodni urlopu. Przy okazji Ernst spotyka swego dawnego kolegę - Alfonsa Bindinga, który jak okazuje się sprawuje obecnie stanowisko Kreisleitera. Pomimo upływu lat i niezbyt bliskich niegdyś więzi Alfons traktuje Ernsta jak swego przyjaciela pomagając mu w czasie Jego urlopu czy to w poszukiwaniach rodziców czy zaoparując go w różnorodne frykasy i trunki. W czasie tychże wędrówek po mieście w poszukiwaniu rodziców cienkie nici informacji zaprowadzają go do mieszkania doktora Kruse, który rzekomo miał sprawować opiekę lekarską nad jego rodzicami. Nie zastaje go na miejscu bo jak się okazuje został on zesłany do obozu koncentracyjnego. Za to rozmawia z Jego córką - Elżbietą, którą rozpoznaje jako dziewczynę z dawnej swej szkoły. I tak, nie wiadomo jak, nagle zaczyna sie z Nią spotykać i ....zakochuje się w Niej. Razem czerpią z Jego urlopu pełnymi garściami ile się da, z tego co im, młodym ludziom w tamtych czasach pozostało, z tego kawałka darowanego czasu. Kilka razy udaje im się przeżyć chwile zapomnienia wśród zawirowań wojennych wybierając się na kolację do hotelu "Germania" i udając tam obytych koneserów a Graeber podoficera i można by rzec zaprzyjaźniając się z kelnerem - Marabutem, który poleca im specjały kuchni. Potem po zbombardowaniu tegoż hotelu znajdują gospodę i restaurację Witte, która położona w przepięknym ogrodzie była jakby "oazą na pustyni ruin". Tam też spędzają jedne z ostanich swych chwil przed powrotem na front Graebera upajając się swoim szczęściem naznaczonym niewielką ale jakże głęboką rysą - zbliżającym się wyjazdem Ernsta. Marzą o zakończeniu wojny, o swojej wspólnej przyszłości bo przecież są jeszcze tak młodzi i tyle jeszcze przed nimi...„Pięknie będzie żyć – powiedziała. – Tak mało zaznaliśmy dobrego, prawie nic. Właśnie dlatego tyle jeszcze mamy przed sobą. Co dla innych ludzi jest zrozumiałe samo przez się, dla nas będzie wielką przygodą. Choćby powietrze, którego nie czuć już spalenizną. Albo kolacja bez kartek żywnościowych. Sklepy, w których można kupić, co się chce; miasta, które nie są zniszczone. Albo mówić nie rozglądając się przedtem na wszystkie strony. Nie bać się już! Długo to potrwa, ale powoli strach będzie malał, a nawet jeśli od czasu do czasu powróci, człowiek poczuje się szczęśliwy, gdyż uświadomi sobie od razu, że już nie potrzebuje się niczego obawiać.” Są jak drzewo, które w wyniku wybuchu bomby ledwo się trzyma częścią swych korzeni ziemi, ma obłamane gałęzie lecz mimo niesprzyjających warunków zakwitło. Bo "dla drzew nastąpiła juz wiosna. Wszystko inne nic je nie obchodzi. [...] One nas uczą. Ciągle nas uczą. Dziś po południu była to lipa, teraz to kwitnące drzewo. Rosną i wypuszczają liście i kwiaty; nawet złamane, rozwijają się nadal, jeżeli choć kawałek korzenia tkwi jeszcze w ziemi. Bezustannie nas uczą, nie skarżą się i nie litują nad sobą.” Tak... przyroda i zwierzęta uczą ludzi a także nasza historia lecz czy naprawdę potrafimy wyciągnąć z tego wnioski? Choć książkę tą przeczytałam już jakiś czas temu bo na przełomie Nowego i Starego Roku (2008/2009) to mimo wszystko pozostaje mi w pamięci jak żywa. Nie wiem czemu sięgnęłam po taką lekturę w okresie sylwestrowym. Nie wiem, ale niezmiernie się cieszę z tego. Może lektura nie łatwa a na pewno tematyka niezbyt wesoła lecz dająca mi wiele refleksji. "Czyż medal nie miał zawsze dwóch stron? I czyż jedna z nich nie była zawsze ponura i nieludzka?" Czy ludzie w owych czasach tego nie dostrzegali? A może widzieli to, tylko jak to zwykle bywa nieprzyjemne sprawy odsuwamy gdzieś w głąb i zajmujemy się czymś przyjemniejszym...Woleli być głusi i ślepi na to co działo się dookoła bojąc się konsekwencji jakie mogłyby wyniknąć z zabrania głosu i powiedzenia NIE. No ale czyż i nie jest tak do dzisiaj? Rzadko kto ma odwagę wypowiadać swoje zdanie wbrew opinii ludzi wyżej postawionych, którzy nie są przecież nieomylni, gdyż w końcu też są tylko ludźmi... Remarque przypomina też, że "Człowiek zaczyna rozumieć innych dopiero wtedy, kiedy sam ma tyłek w ogniu. Gdy komuś się dobrze powodzi, nie pomyśli o tym." Pyta "Czy wystarczy włożyć cywilne ubranie, aby stać się człowiekiem [...]" Daje czytelnikowi do myślenia o winie i o współwinie, o początku osobistej odpowiedzialności jednocześnie nie dając opowiedzi na stawiane pytania, gdyż każdy sam musi na nie sobie odpowiedzieć. Pokazuje iż nie tylko ofiarami wojny były narody napadnięte przez Rzeszę ale i również ona stała się swoim własnym katem. Stwierdzając też w trakcie powieści, że "Po tej wojnie będzie straszliwie dużo do przebaczanie – i nie do przebaczania. Okres jednego pokolenia nie wystarczy.” I ma on całkowitą rację, co zauważymy rozglądając się dookoła a nawet nie szukając daleko, lecz zagłębiając się w siebie samych bo człowiekowi niezwykle trudno przychodzi wybaczanie... Moja ocena: 6/6 Wybrane cytaty:
czwartek, 05 marca 2009
Po długiej przerwie...
...Chciałabym w tym miejscu przeprosić za niezapowiedzianą długą przerwę. Chyba ja sama do końca łudziłam się, że nie potrwa ona aż tak długo. Że uda mi się wygospodarować ciutek czasu na coś co sprawia mi prawdziwą przyjemność...moja miłość do książek (tak, miłość. Nie zawaham się tego słowa w tym miejcu użyć). Jednakże czasami już tak bywa, że należy poświęcić coś w imię czegoś innego równie ważnego. Bo mam kilka miłości w swym życiu czasami musząc poświęcić troszkę więcej czasu jednej nad drugą. Wybierając takie a nie inne studia byłam świadoma swego wyboru choć niektórzy od razu się mnie pytali czy wiem na co się decyduję, że nie będę miała czasu na swoje własne życie, tym bardziej, że należę do osób ambitnych. Teraz już prawie na końcówce było naprawdę ciężko i przeżyłam trudny czas ale jakoś żyję:) Jeszcze czekam na wyniki z 2 egzaminów ruszając już pełną parą nad badaniami potrzebnymi do mej pracy magisterskiej. Nowy rok rozpoczął się dla mnie niezbyt przychylnie lecz nauczona doświadczeniem wiedziałam, że w końcu po gorszym czasie nadejdzie lepszy i mam nadzieję, że właśnie powoli będzie kończyć się ten pierwszy. Pełna nadziei, że znajdę znów więcej czasu na jedną z moich pasji- książki zamierzam na nowo powrócić tutaj a jak będzie zobaczymy:) Dziękuję wszystkim serdecznie za odwiedziny w czasie mojej nieobecności i postanawiam w miarę możliwości nadrobić zaległości związane z czytaniem Waszych blogów. Brakowało mi Was... P.S. Drobna korekta;) Nowy Rok rozpoczął mi się cudownie, gdyż mój ukochany właśnie oświadczył mi się w jego pierwszych minutach... Chyba tak wiele szczęścia musiało zostać wyrównane późniejszym gorszym czasem;) ale co mi tam:) Ważne, że mam przy swoim boku kochającą osobę czego i Wam życzę- abyście zawsze były przy Was osoby, które kochacie pozwalające przeżyć najgorszy czas - jako mocno spóźnione ale niemniej szczere noworoczne życzenia:)
środa, 24 grudnia 2008
Wesołych Świąt!
Jest taka noc, na którą człowiek czeka
Moi kochani czytelnicy! Życzę Wam nadziei,
![]() P.S. Bardzo przepraszam za tę ciszę na moim blogu. Przed świętami miałam urwanie głowy na uczelni a jeszcze na dodatek złapała mnie grypa żołądkowa:( Mam nadzieję, że jak czas mi pozwoli odrobię zaległości. Jak nie przed sesją to po Niej.
środa, 12 listopada 2008
'Miejskie czytanie' - the end
Ach jak ten czas leci! Niedawno zaczynałam kolejne wyzwanie czytelnicze a tutaj już jego koniec nastąpił. Niestety znów zaległam z recenzjami lecz już jest ciutek lepiej niż było w poprzednim czytaniu w moim wykonaniu:) Na szczęście zdołałam przeczytać wszystkie wybrane książki z podstawowej listy, którą specjalnie zwiększyłam o 1 pozycję, aby zamiast 4 przeczytać chociażby 5 książek. I tak po kolej wędrowałam przez Oslo ("Półbrat" Lars Saabye Christensen),Florencję ("Pokój z widokiem" E.M.Forster), Nowy Jork ("Noc wyroczni" Paul Auster), Wenecję ("Śmierć w La Fenice" Donna Leon) i Rzym ("Rzymianka" Alberto Moravia). Zaczęłam także czytać "Święte gry" Vikrama Chandry, lecz z powodu braku czasu niestety nie zdążyłam na czas ich przeczytać. Jednak nie poddaję się i zamierzony cel na pewno w przyszłości w końcu osiągnę:) W tym miejscu chciałabym bardzo serdecznie podziękować Padmie - organizatorce wyzwania czytelniczego, która niestrudzenie podejmuje się raz po raz tej roli i mówiąc szczerze tak jak inni czekam już na kolejne, ciekawa co czeka na nas tym razem:) Czekam tym bardziej, gdyż może tym razem w końcu zdążę na czas z realizacją moich wszystkich zadań?:) Również dziękuję tak licznemu gronu uczestników wyzwania:) Zawsze z ciekawością czytam Wasze recenzje, które co rusz sprawiają iż moja lista książek do przeczytania się stale powiększa tylko obawiam się,że czasu mi nie starczy na przeczytanie ich. Chyba to jest odwieczne zmartwienie moli książkowych, nieprawdaż?;) Zatem do zobacznia w kolejnej odsłonie wyznania czytelniczego! Blizny na duszy
Miejskie czytanie - Rzym
„[...] wydałam się sobie podobna do lalki z moich lat dziecinnych , którą ciągałam po podłodze i tarmosiłam przez cały dzień, a chociaż jej wygląd zewnętrzny nie ucierpiał na tym i dalej była różowa i uśmiechnięta, słyszałam, jak wewnątrz kołacze jej coś i zgrzyta. Odkręciłam Jej głowę i przez otwór wypadły skorupki porcelany, sznurki, sprężyny, metalowe płytki; były to szczątki mechanizmu, który poruszał oczami lalki i sprawiał, że mówiła. Były tam też jakieś tajemnicze kawałeczki drzewa i materiały, ale nigdy nie mogłam dojść, do czego miały służyć.” Matka wychowująca samotnie swoją córkę - Adrianę, postanawia zmienić ich los dzięki urodzie córki. Niechcąc, aby i ona popełniła błąd - wcześnie wyszła za mąż i miała dziecko, przez co jak domniemywa zniszczyła swoje życie wiążąc ledwie koniec z końcem z zajmowania się bieliźniarstwem, powoduje iż od wczesnej młodości Adriana zostaje modelką podrzędnych malarzy. Całymi dniami przesiaduje na zimnych poddaszach pozując do aktów i zarabiając skąd inąd niezbyt dużo. Lecz to jest zaledwie początek, gdyż matka ma w zamyśle aby została kurtyzaną, dzięki czemu życie ich by się znacznie poprawiło. Adriana w trakcie pracy modelki poznaje Gizelę,z którą się zaprzyjaźnia. Jej przyjaciółkę stać na różne rzeczy - dobre ubrania, kosmetyki a nawet dzięki swemu 'sponsorowi' dostaje piękne mieszkanie. Z czasem wciąga ona Adrianę w swój świat dzięki czemu w zasadzie spełnia się marzenie matki Adriany. Lecz czy to sprawi iż obie będą szczęśliwe to już jest inna sprawa.Niespełnione miłości w 'nieodpowiednich typach' sprawiają iż Adriana dojrzewa poznając trudne reguły rządzące życiem... Bieda od dawien dawna spotykana jest we wszystkich miejscach ziemi, nawet w najbardziej rozwiniętych miastach. I chociaż wciąż na świecie dokonuje się postęp techniczny nie wynaleziono sposobu, aby poprawić byt tych najuboższych. Sprawia ona,że ludzie zdolni są do popełniania różych rzeczy, czasami takich do których nigdy by się nie posunęli. Można powiedzieć,że sprawdza ich charaktery. Osoby tylko silne są w stanie żyć zgodnie ze swym sumieniem nie tracąc swojej godności, innych ubóstwo czasami strąca na samo dno... Alberto Moravia pokazuje nam historię biednej, młodej dziewczyny. Jest ona pokazana oczami dojrzałej już Adriany cofającej się do swej przeszłości - czasów młodości. Z perspektywy czasu widzi jaką była osobą, wie jak życie potrafi nauczyć sprawiając iż młoda, naiwna, niewinna dziewczyna dojrzewa. Czytając Jej wspomnienia widzimy jak traci ona złudzenia co do spełnienia swoich marzeń. A jakie one są? Zwyczajne, takie o których marzy chyba każda dziewczyna. Założyć szczęśliwą rodzinę, kochać i być kochaną. Jednak z racji wykonywania takiego a nie innego zawodu z czasem przekonuje się a raczej dochodzi do Jej świadomości to iż trudno Jej będzie z taką reputacją, aby jakiś porządny mężczyzna chciał się z Nią ożenić. Widzimy właśnie jak wkracza w świat prostytutek, jak wbrew Jej woli musi się oddać Jej pierwszemu klientowi. Widząc postawienie Jej w podbramkowej sytuacji, zaszczutej jak zwierzę w ciasnej klatce ciężko przejść obok obojętnie. Można powiedzieć: przecież każdy jest kowalem swego losu, mogła się postawić. Lecz jak to zrobić czując nacisk ze strony matki a przede wszystkim będąc tak niedoświadczoną dziewczyną? Właśnie to pociągało mężczyzn w Adrianie - jej świeżość młodości pozbawionej sztuczności kosmetyków na twarzy i jej niewinność która z czasem została zabita,aż w końcu Adriana stwierdza iż może po to została stworzona- aby dawać rozkosz mężczyznom.Lecz gdzie jest miejsce dla Niej, dla Jej wewnętrznych potrzeb? Jak piękna lalka, która zaspokaja potrzeby innych sama przez to będąc niby na zewnątrz taką jak dawniej, lecz mając popsuty mechanizm w środku... P.S. Niestety w książce tej nie jest poruszana sceneria Rzymu. Nie możemy odczuć dokładnie klimatu tego miejsca, gdyż pisarz skupił się nie na tle tylko na ludzkich charakterach. Wybrane cytaty:
Moja ocena: 5/6
poniedziałek, 03 listopada 2008
La Fenice
Miejskie czytanie - Wenecja "Śmierć w La Fenice" otwiera serię powieści kryminalnych z akcją toczącą się w Wenecji, gdzie głównym bohaterem starającym się rozwiązać liczne zagadki jest komisarz Guido Brunetti. Donna Leon przypomina nam tutaj Wenecję jako "stolicę opery" święcącą swe triumfy i zainteresowanie wśród wszystkich Europejczyków w XVII wieku.Teatro La Fenice jest najsłynniejszym weneckim teatrem operowym i właśnie tutaj rozpoczyna się powieść...Podczas swego gościnnego występu we wspomnianej operze zostaje otruty cyjankiem światowej sławy niemiecki dyrygent - Helmut Wellauer. W trakcie śledztwa Brunetti przeprowadza rozmowy z wieloma osobami, bliskimi dyrygenta i tymi którzy mieli z nim kontakt na codzień. Razem z nim odkrywamy przeszłość Wellauera odkrywając,że kilka osób miałoby powód do posunąć się do tego czynu... Ponieważ bardzo lubię kryminały i jakoś dotychczas nie miałam możliwości zetnąć się z książkami Donny Leon z chęcią sięgnęłam po coś z tej serii. Jak mogłam się dowiedzieć z czytanych wywiadów z autorką i Jej biografią to przypadek sprawił,że rozpoczęła pisać o przygodach komisarza Brunettiego. Ta jej pierwsza książka przeleżała ok. 1,5 roku w szufladzie aby potem poprzez usilne namowy przyjaciółki wysłać ją na konkurs do Japonii, w wyniku czego nota bene zdobyła nagrodę SUNTURY (najlepszy kryminał roku) w 1991 roku co spowodowało podpisanie kontraktu i narodzenie się serii książek. Co ciekawe książki Jej nie wychodzą we Włoszech co pisarka tłumaczy tym, iż nie ma zamiaru być sławna i chce czuć się osobą anonimową w Jej mieście. O Jej kryminałach wiedzą jedynie przyjaciele a znajomi myślą, że pisze jakieś książki o Włoszech. Hm...ciekawe. Wracając do książki mogę powiedzieć,że dość szybko przeczytałam ją. Nie miałam z tym większego problemu, może też dlatego iż naprawdę kocham kryminały. Jednakże nie zachwyciła mnie ona. Daleko Jej do Agathy Christie a nawet jakoś bardziej mdło wypadła, gdy porównam ją z Polakową po którą też niedawno pierwszy raz sięgnęłam. A wspomniana Wenecja ukazała mi się zupełnie inaczej niż sobie ją wyobrażałam z innych książek, opowieści czy filmów. Wypadła bardziej szaro, jak zaniedbana stara kobieta/ gwiazda, którą ludzie odwiedzają z uwagi na Jej minioną świetność...Może kiedyś uda mi się to skonfrontować z rzeczywistością i wyrobić sobie własne zdanie? „ Wenecja – niegdyś europejska stolica rozrywki – stała się sennym, prowincjonalnym miastem, które praktycznie zamierało po dziewiątej czy dziesiątej wieczorem. W letnich miesiącach przypominała sobie swą rozpustną przeszłość i blask – pod warunkiem, że turyści płacili i utrzymywała się dobra pogoda – ale zimą przemieniała się w zmęczoną starowiną, która wolała wcześnie wleźć do łóżka, oddając opustoszałe ulice we władanie kotom i wspomnieniom z przeszłości. Ale właśnie o tej porze miasto było dla Brunettiego najpiękniejsze, gdyż wtedy on – wenecjanin z krwi i kości – miał poczucie jego minionej chwały. Ciemność nocy kryła mchy porastające stopnie palazzi ciągnących się wzdłuż Canale Grande, zasłaniała pęknięcia w murach kościołów i tuszowała wyrwy w tynku na fasadach budynków publicznych. Jak wiele kobiet, które osiągnęły pewien wiek, miasto musiało uciec się do pomocy zwodniczego światła, by odzyskać utraconą piękność. Łódź, która za dnia przewoziła płatki mydlane czy kapustę, w nocy przybierała nadprzyrodzoną formę i zmierzała ku tajemniczemu miejscu przeznaczenia. Mgły, które często pojawiały się w zimowe dni, przemieniały ludzi i przedmioty – nawet długowłosi nastolatkowie, wystający na rogach ulic i palący jednego papierosa ba spółkę, przypominali tajemnicze zjawy z przeszłości...”
Teatro La Fenice - najsłynniejszy wenecki teatr operowy
| ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||