| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
statystyka
Wiatr sprawia iż nasiona dmuchawca wędrują daleko w świat,w tylko sobie znanym kierunku...tak moje myśli za sprawą książek wędrują w coraz to inne obszary...mojej wyobraźni
Kategorie: Wszystkie | Wyzwanie czytelnicze | inne kartki ;)
RSS
piątek, 12 września 2008

                      PIĄTE DZIECKO - Doris Lessing                          PODRÓŻ BENA - Doris Lessing

 Wybierając listę wyzwaniowych książek do "Podróży po sześciu kontynentach" najmniej czasu chyba zastanawiałam się nad tym co przeczytam z Europy. Widząc, że wiele osób wspomina o książce laureatki Nagrody Nobla 2007 roku i przekonawszy się jakie emocje ona wzbudza postanowiłam przyjrzeć się twórczości Doris Lessing bliżej, dotąd nie mając żadnego z Nią kontaktu. Wiedząc,że "Piąte dziecko" ma swego następcę tzn. 2 tom w postaci "Podróże Bena" natychmiast wypożyczyłam obydwie, ale zanim sięgnęłam po nie pożyczyłam je siostrze i z niecierpliwością czekałam na Jej relacje... Zachwycona może pod niebiosy nie była, jednakże bardzo szybko wciągnęła obydwie książki i zaskakując mnie nawet, stwierdziła,że "Podróż Bena" bardziej Jej się podobała... "No proszę, a tyle głosów na NIE słyszałam o tym drugim tomie" - od razu sobie pomyślałam i z tym większym zapałem zaczęłam je czytać, oczywiście nie obydwie na raz, ale po kolei;)

"Piąte dziecko" przedstawia nam szybciutko ( albowiem to bardzo krótka książka - na jeden wieczór) historię Harriet i Dawida, którzy pobierając się założyli sobie stworzenie domu z gromadką biegających pod nogami dzieci, do którego cała rodzina będzie przyjeżdżać na święta czyli po prostu szczęśliwy rodzinny dom... I rzeczywiście, tak jak sobie postanowili tak też się stało:) Kupili duży dom pod Londynem i z biegiem czasu zaczęły się pojawiać kolejne dzieci. Co roku na święta czy wakacje przyjeżdża wiele członków rodziny, tak iż ogromny stół w kuchni/jadalni wypełnia się co do ostatniego miejsca i wszysy radośnie wspólnie świętują. Tak dzieje się do czasu, gdy Harriet zachodzi po raz piąty w ciążę. Już sam jej przebieg zaczyna pokazywać przyszłe zmiany w dotychczasowym życiu rodziny, gdyż bardzo boleśnie znosi ją Harriet czując się dosłownie jak worek treningowy ("w środku musiała być jednym wielkim sińcem o czym nikt nigdy się nie dowie...". )Aż w końcu ' mały zapaśnik' "urodził się, walcząc z całym światem." a Jego wygląd i zachowanie, po prostu inność, sprawiła iż żaden członek rodziny nie poczuł do niego serca, odwracając jak najszybciej od niego wzrok i najlepiej chcąc pozbyć się z ich codziennego życia...

"Podróż Bena" natomiast przedstawia dalsze losy Bena. W końcu możemy się w tej drugiej części dowiedzieć co tak naprawdę myśli Ben. Jak On przeżywa każdy kolejny dzień, zmuszający bądź co bądź do kontaktu z innymi ludźmi, którzy jak można się domyślić niezbyt radośnie reagują na odmienność Bena. Jednak tak jak w pradziwym życiu tak i tutaj można spotkać nie tylko osoby wykorzystujące Bena, krzywdzące i wyśmiewające się  z Niego. Istnieją i tacy, którzy mają ludzkie odruchy serca i starają się mu pomóc znieść jakość rzeczywistość przerastającą zdolności adaptacyjne Bena...

Te dwie małe objętościowo książeczki bardzo szybko "połknęłam", już odbierając je z biblioteki będąc niepocieszoną iż taka mała uczta mi się szykuje. Ale za to jakże kazała się ona bogata w doznania duchowe! Nie pozostałam obojętna, tak jak chyba każdy z czytelników i wiele uczuć i myśli przewinęło mi się już w trakcie lektury a po przeczytaniu ucięłyśmy sobie z siostrą długą rozmowę (co prawda jedynie orzez skype'a no ale wówczas nie miałyśmy jak się spotkać) wymieniając się nawzajem wrażeniami i spostrzeżeniami. Już na samym początku "Piąte dziecko" nasunęło mi przed oczy typowo amerykański obrazek szczęśliwej rodzinki gromadzącej się kilka razy w roku przy suto zastawionym stole świętując razem. Potem z racji pojawienia się Bena na tym rysuneczku pojawia się skaza bo oto do niego dołączyła kolejna osoba, lecz o zgrozo nie przypominająca nikogo dotychczas znanego a w dodatku trudnego w kontakcie co budzi odruchowe 'ble'. Hm... a czyżbyśmy kochani zapomnieli o tym, że życie nie tylko składa się z radości i świętowania ale i trudów codziennego życia i stałego pokonywania ich? I tak oto kochająca rodzinka wykrusza się stopniowo tak iż w końcu rodzinne świętowanie przenosi się do innego członka rodziny a z, (że tak napiszę) kłopotem pozostają sam na sam Harriet z Dawidem. I tutaj kolejne było moje oburzenie. Postawa Dawida wręcz odpychała mnie. W ogóle nie interesował się Benem, chyba nawet ani razu nie zwrócił się do Niego, uważając Go za nie swoje dziecko bo przecież ma ich czworo a nie pięcioro! i tak oto pozostawił opiekę nad Benem Harriet a potem widząc,że życie rodzinne całkowicie się rozpadło postanowił najprościej w życiu pozbyć się problemu. Harriet już cieplejsze u mnie budziła uczucia, chyba przede wszystkim współczucie gdyż urodziwszy Bena stała się, winna rozpadowi rodziny w oczach innych. Na każdym kroku mogła poczuć też w pewnym sensie odrzucenie i łatkę "to Ty jesteś WINNA, ta ZŁA"... Nie mogę zaprzeczyć głosom,że nie była kochającą matką dla Bena bo ona sama była świadoma iż nie myśli o Nim z miłością ani nawet z symaptią. "Nie lubiła siebie za to, że nie umie znaleźć choćby iskierki normalnego uczucia." Bo zapewne od początku przyjścia na świat Bena szukała jakiejść nici, chociażby cienkiej matczynego uczucia, niestety jej nie znajdując. Czasami chyba tak się zdarza, że kobieta nie może tego czegoś znaleźć w sobie, nie ona pierwsza i nie ostatnia, tym bardziej w jakich okolicznościach to zachodzi i przy odmienności Bena. A może po prostu Ona nie była mimo wszystko gotowa na tyle dzieci, może jeszcze było za wcześnie na każde z nich...? Tak, zdecydowanie uważam iż nie byli dojrzali Dawid i Harriet bo czyż można zakładać duży dom i mieć pięcioro albo i więcej dzieci (bo chcieli mieć przynajmiej 6 o ile sobie dobrze przypominam) gdy nie ma się odpowiednich warunków (i nie mam tutaj na myśli życia w luksusach tylko warunki do normalnego życia) i będąc stale na utrzymaniu kogoś? Bo właściwie materialnie wspierał ich ojciec Dawida a oni tylko,przepraszam za określenie rozmnażali się jak króliki. Trzeba zdawać sobie sprawę jak dużą odpowiedzialność bierze się wydając na świat dzieci bo wtedy nie jest się już samym, lecz trzeba umieć wychować a nie tylko wyhodować je. Nawet roślina pozostawiona sama sobie po pewnym czasie dziczeje dając cierpkie owoce a dzieci to przecież nasza przyszłość i to od nas przede wszystkim zależy jak ona będzie wyglądać...

"Podróż Bena" mówiąc szczerze mniej u mnie emocji wzbudziła, jednak bardzo chciałam po nią siegnąć z tego względu iż byłam ciekawa tego jak to wszystko odbierał Ben. Jak on się czuł w otoczeniu innych ludzi... I właśnie można dostrzec tutaj jego zagubienie w świecie i chęć znalezienia kogoś podobnego do siebie, bo przecież każdy potrzebuje duszy pokrewnej. Bardzo ciężko jest żyć w oderwaniu od innych ludzi. Każdy szuka zrozumienia, ciepłego słowa, dotyku... i Ben na szczęście choć w maleńkim stopniu to znalazł wśród morza wrogich spojrzeń ludzi chcących jak najszybciej oddalić się od tego innego człowieka/ istoty. Jednakże zakończenie nie podobało mi się bo było niezwykle przewidywalne więc im bliżej byłam końca tym bardziej byłam znudzona. Oczekiwałam ciutek czegoś innego, jednak nie żałuję, że sięgnęłam po tę książkę.

Moja ocena:

"Piąte dziecko" 5+/6

"Podróż Bena" 4+/6

Tak oto w końcu zakończyłam swą przygodę z wyzwaniem "Podróż po sześciu kontynentach". Nie jestem dumna z siebie, gdyż bardzo jakoś ostatnio topornie mi przychodzi zabranie się za recenzje książek. Mówiąc szczerze wszystkie 6 książek z wyzwania przeczytałam już do końca maja a dopiero teraz udało mi się dokończyć swe recensje... Nie powiem wstyd mi, jednak znać mój upór i ambicję bo jak sobie postanowiłam tak w końcu dotarłam całkowicie do końca podróży a że po czasie to już trudno... widocznie tak miało być;) W tym miejscu na koniec chciałabym podziękować wszystkim uczestnikom tego drugiego już wyzwania czytelniczego za kilka miesięcy wspólnych wędrówek po wszystkich kontynentach kuli ziemskiej. Wielu z Was stało się dla mnie natchnieniem i spowodowało iż mam chęć spotkać się z jeszcze to innymi nie odkrytymi przeze mnie autorami, książkami...

 

 

23:04, paulina654
Link Komentarze (8) »
czwartek, 04 września 2008

Jak wiadomo wszystko co dobre szybko się kończy a jak szybko to mogłam się przekonać kolejny raz właśnie niedawno. Tydzień w Zakopanem minął mi jak jedeń dzień. Heh te urocze drewniane domki pełne kwiatów w oknach, górskie szlaki wyznaczające trasę do urokliwych zakątków Tatr, widoki ze szczytów gór zapierające dech w piersiach (no i wejścia na nie też powodowały przyspieszony oddech i krople potu na czole;) ), grilowane oscypki rozpływające się w ustach (mniam)...czemu nie mogłam tam zostać? Ja chcę z powrotem tam wrócić!!! Odjeżdżając pociągiem przy blasku zachodzącego słońca z zadumą spoglądałam w okno i próbowałam uwiecznić w swej pamięci ostatnim spojrzeniem góry i chatki tworzące specyficzny klimat...Wróciłabym tam za rok, ale mój ukochany chyba nie zakochał się tak jak ja w tych górzystych zakątkach zapowiadając , że dla odmiany za rok ruszamy nad morze :) Chyba po prostu go troszkę wykończyłam a dokładniej Jego nogi;) no ale nie ma co narzekać na Rysy nie kazałam jak na razie Mu wchodzić;)

 

 

 

Bardzo wszystkim dziękuję za życzenia:) Wypoczynek się udał, a że jestem osobą nie mogącą zbyt długo usiedzieć w 1 miejscu (no chyba, że pod ręką mam książkę;) ) to bardzo aktywnie spędziłam ten czas:) Niestety chcąc wykorzystać go na obejrzenie jak największej liczby miejsc, zmęczenie po powrocie ze szlaków muszę się przyznać że niewiele czytałam (z czego zapewne mój kochany niezmiernie się cieszył;) ).Mam nadzieję, że teraz nadrobię zaległości:)

11:06, paulina654
Link Komentarze (4) »
piątek, 22 sierpnia 2008

W końcu i ja się doczekałam:) Zapakowana walizka ( a w niej parę książek:) ) czeka już, aby razem ze mną udać się w podróż do naszych pięknych Tatr:) Mam nadzieję, że trochę odpocznę, w końcu opuści mnie marazm blogowy i we wrześniu znów z zapałem zabiorę się za receznzje książek:)

Wszystkim życzę miłego tygodnia:)

Do poczytania:)

16:51, paulina654
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 04 sierpnia 2008

„A więc przyszliśmy na świat wyposażeni w to, co nam wystarczało, my, którzy myśleliśmy, że posiadamy wszystko, że mamy rozum, że nie istnieje nic, czego byśmy nie wiedzieli... Ujrzeliśmy, że w gruncie rzeczy my, czarni, przyszliśmy na świat bez jednej choćby rzeczy. Przyszliśmy nadzy. Zostawiliśmy wszystko za sobą, bo wyszliśmy pierwsi. Jeśli zaś chodzi o białych... zrozumieliśmy, że wyszliśmy w zbytnim pośpiechu, oni zaś poczekali na wszystkie rzeczy, żeby przypadkiem niczego nie zostawić.” 

 „The Religious System of the Amazulu” Henry Callaway  

 

"Zachować swój świat", powieść nagrodzona brytyjską nagrodą literacką "Booker Prize", to interesujące studium człowieka, Mehring, zamożny pięćdziesięcioletni przemysłowiec, pracuje w Johannesburgu, podróżuje w interesach który stara się zachować swoją pozycję, swój stan posiadania izolując się od rzeczywistości Południowej Afryki.po świecie, ale dobrze czuje się tylko na swojej farmie, gdzie urzeka go piękno i cudowna siła natury. Trzeźwy, realnie myślący, kochający ziemię, na której zyje, Mehring chce uciec od problemów swojego kraju, ale ucieczka taka jest niemożliwa. Akcja powieści jest pełna tajemnic jak życie kraju, w którym się rozgrywa.Obraz rozterek bohatera nakłada się na obraz sytuacji Południowej Afryki.

W książce, jak w całej swej twórczości, Nadine Gordimer wyraża swój sprzeciw wobec apartheidu, odważnie i uczciwie przedstawia trudne problemy Afryki.

 [Książka i Wiedza, 1982]

Wybierając książki do 6-ściu kontynentów miałam nie lada problem w wyborze. Również i z afrykańskim lądem przywodzącym na myśl te pustynne obszary Sahary i dżungle pełne rozmaitej roślinności i zwierząt. Dużo się nie namyślając ruszyłam do biblioteki i ponieważ nie było akurat tych książek, które najbardziej mnie zaciekawiły wybrałam pierwszą z brzegu. Tak oto padło na Nadine Gordimer i jej "Zachować swój świat". Wyszedłwszy z biblioteki, jak zwykle pełna radości przepełniającej mnie od środka wywołanego książkowym ciężarem w torbie, nie mogłam się doczekać kiedy sięgnę po moje biblioteczne nabytki. Jak zwykle zanim dotarłam do domu nie omieszkałam już wyciągnąć po kolei wszystkie książki, dotnąć je, nasycić swój wzrok, przewertować po kilka razy, przeczytać już nie wiadomo który raz notę wydawcy na okładce - nawiązać z nimi jakby pierwszy kontakt, "przywitać się", zaznajomić aby potem już stały się kimś bliskim. Wiem, może wydawać się to niektórym dziwne, po co się tak cieszyć z głupiej książki, no ale nic nie poradzę na tą moją wręcz "dziecięcą radość z otrzymanego cukierka" ;) :D Czytając recenzję z Ksiązki i Wiedzy (którą zamieściłam powyżej) stwierdziłam, że zapowiada mi się ciekawa przygoda. Cieszyłam się, że poznam nie odkryty wcześniej przeze mnie ląd...Oceny czytelników na biblionetce sprawiły iż troszkę poczułam niepokój, że może nie być tak wspaniale w tej podróży jak się spodziewałam. Ponieważ jednak zaledwie 2 osoby oceniło tę książkę a poza tym jak wiadomo każdy ma inny gust zaczęłam przygodę poznając głównego bohatera - biznesmena Mehringa, który może z powodu mody wśród zamożnych ludzi z miasta w pewnym stadium swej kariery,zakupił farmę."[...] ewentualne straty z tym związane można odtrącić z podatku dochodowego - i fakt ten zbiega się również z czymś mniej materialnym oczywiście. Zrozumiałe, że stać ich teraz na zaspokojenie tęsknoty do bezpośredniego kontaktu z ziemią i tęsknota ta jest jakby karmiona pieniędzmi robionymi w przemyśle. Przy ogólnej milczącej zgodzie uważa się to za coś niemal obowiązkowego, za oznakę, iż pozostaje się pełnym człowiekiem, zdolnym jeszcze do cieszenia się prostymi sprawami w życiu – luksus, na który ubogi nie może sobie już pozwolić." Jednak można wyczuć, że dla Mehringa ta ziemia jest czymś więcej aniżeli kawałkiem ziemi. Potrafi dostrzec jej piękno i prawa rządzące przyrodą, która co jakiś czas gdy przyjdą deszcze na nowo budzi się do życia."Czy istniała gdzieś, kiedyś, taka cudowna transformacja jak ta tutaj, spowodowana wczesnym deszczem? Czy może być coś bardziej pięknego? I wszystko to dzieje się o właściwym sobie czasie. Niczego nie można tu przeprowadzić na siłę. Można zaniedbać tu wiele albo „kultywować”, a i tak, jak przyjdzie właściwy czas, wszystko wybuchnie całą pełnią życia. Czy słyszałeś o tym, że kiedy nadchodzi susza , to hipopotamy zrzucają płody?” Tutaj może odnaleźć spokój i odetchnienie od codzienności smakując piękno dziewiczej przyrody i cieszyć się jej specyficznym urokiem, zupełnie innym od tego co widzi na codzień obracając się w miastach pełnych będących w pośpiechu ludzi, samochodów zmierzających w wyznaczonym kierunku... Czasami jednak wyczuwałam, że chyba nie potrafiłby tak do końca porzucić swoje codzienne życie i przeprowadzić się na farmę wiodąc żywot zwykłego farmera. To była jakby odskocznia i on sam zauważył te jakże przeciwstawne uczucia targane nim: "Z pewną przyjemnością poznaje pojawienie się uczucia, które go ogarnia w sobotnie i niedzielne wieczory: pełne oczekiwania zniecierpliwienie, żeby już wreszcie wyruszyć do miasta. Podobnie jak w niedzielę rano gotów jest jak najszybciej opuścić miasto. Rytm tych zmiennych odczuć jest prosty jak codzienny ruch robaczkowy jelit, wróżący potrzebę wypróżnienia razem z pierwszym po śniadaniu papierosem.” Moją uwagę przykuł też stosunek pomiędzy Mehringem a jego synem, z którym się niestety nie mógł do końca porozumieć. Smutne jest dla mnie zawsze to, kiedy osoby związane ze sobą więzami krwi mogą być sobie dalsze aniżeli osoba zupełnie przypadkowo poznana. Czasami naprawdę trudno jest tak po prostu porozmawiać,otworzyć się przed rodziną...Dziwne, ale niestety prawdziwe...„- Ja naprawdę nie wiem, dlaczego tak robię. A czy nie uważasz, że najtrudniej jest zwierzać się tym, którzy są dla nas najbliżsi? Naprawdę wyznania najlepiej robić obcym, na przykład komuś z kim nawiązujemy rozmowę podczas podróży. Tak, najłatwiej to wychodzi z zupełnie nie znaną osobą.”  Ponadto w trakcie lektury rzuciło mi się w oczy stosunek pomiędzy pracownikami farmy - rdzennymi mieszkańcami tych terenów a Mehringiem - właścicielem posiadłości i przez to ich panem. Widać już od pierwszej strony tę różnicę, prawie że obcość Mehringa wśród Afrykańczyków. Czasami jakby zdawali się ignorować, nie zauważać pewnej znajomości języka afrykanerskiego Mehringa i mimo tego uparcie zwracali się do niego łamaną angieszczyzną co podkreślało linię podziału pomiędzy nim a nimi. Bo nie był jednym z nich. On tylko przyjeżdżał na krótki czas i odjeżdżał. Nie musiał codziennie zmagać się z różnymi przeciwnościami natury, czy to powodzią czy pożarem. Nie dzielił z nimi trudu codziennej pracy. Nie nosił ubrań sporządzonych z resztek materiałów a nawet czasami obuwia wykonanego z kawałków opon czy innych wydawałoby się już bezużytecznych rzeczy, których los powinnien się zakończyć na śmietnisku. Myślę, że może jednak uważali posiadanie przez Niego farmy jako fanaberię zamożnego białego człowieka, któremu zachciało się nowej zabawki choć co jakiś czas mogli się przekonać o tym, że jednak w jakiś sposób dobro farmy leżało Mehringowi na sercu... Mimo to niezatarte miałam wrażenie tej granicy między nimi i pewne fragmenty dawały to dobitnie znać. " A jakim cudem, jeśli wolno spytać, twoja koncepcja tego miejsca jest czymś więcej niż ideą? Co powiedziałbyś tym Owambom, Hererom i Damarom, plemionom, które ją zamieszkują? Czy możesz mi na to odpowiedzieć? Ty, który „znasz” ten kraj? Mały biały baas, który biega boso z małymi czarnymi synami służących, obecnie ojcami służących? Nazwa na mapie. „Południowo-Zachodnia Afryka”. „Terytorium Mandatowe”. Nikt nie staje się „właścicielem” jakiegoś kraju przed podpisanie świstka papieru. Tak jak ty to zrobiłeś nabywając farmę.” 

Jak wspomniałam na początku, przed zabraniem się za lekturę ogarnęły mnie wątpliwości czy pomimo zdobycia przez Nadine Gordimer nagrody literackiej za tę powieść spodoba mi się ona i mówiąc szczerze.... zawiodłam się:( Niestety nie zachwyciła mnie i nie mogę powiedzieć, że pokazała "interesujące studium człowieka,który stara się zachować swoją pozycję, swój stan posiadania izolując się od rzeczywistości Południowej Afryki". No niestety jak dla mnie czegoś zabrakło, chyba czegoś było za mało, niektóre tematy były tylko zarysowane, zaledwie liźnięte...Jeszcze nigdy tak źle mi się nie czytało książki a przynajmniej nie pamiętam kiedy ostatnio tak było. Zastanawiam się czy po prostu nie odpowiada mi styl Nadine Gordimer, ta jedna wybrana jej książka czy po prostu nie trafiłam z nią na odpowiedni czas i nie skupiłam się zbytnio? Może nastawiłam się na coś innego... Sama nie wiem i nawet dziś jeszcze  zastanawiam się nad tym. Ciekawa jestem opinii osób, które przeczytały tę książkę albo przynajmniej jakieś innej tej pisarki. Jednak czuję, że za jakiś czas znów sięgnę po jakąś książkę Gardimer i sama będę chciała się przekonać czy na dłuższy czas pożegnać się z tą pisarką czy nie...

Ocena: 3/6

22:07, paulina654
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 21 lipca 2008

 

„ W końcu jak długo żyje człowiek? Żyje tysiąc lat czy tylko rok? Żyje tydzień czy kilka wieków? Na jak długo umiera człowiek? Co to znaczy na zawsze?” Pablo Neruda

 Idąc słowami Pablo Nerudy moje myśli zaczęły krążyć wokół tematu życia i śmierci. Człowiek średnio żyje ok. 65 lat. Wiadomo niektórzy odchodzą wcześniej inni później, tak jak długą ścieżkę życia przeznaczy Bóg, jednak czy każdy potrafi tak naprawdę żyć? Żyć nie oznacza jedynie wykonywać podstawowych czynności fizjologicznych, pracować. Prawdziwie żyje się wówczas, gdy żyje się pełnią życia i czerpie się z niego to co jest najcenniejsze...kocha się drugą osobę i dzieli się swoją miłością, szczęściem przez co je mnoży zbierając potem obfite plony, również po swojej śmierci. Bo wraz ze śmiercią ciała nie umiera dusza a może ona dalej żyć wśród osób Jej najbliższych. Tych, którzy w swej pamięci przechowują wspomnienia po tej osobie... Dlatego należy "nauczyć" się żyć, aby przypadkiem dusza nie umarła na długo przed ciałem... W swej powieści Isabel Allende udało się właśnie uchwycić tę magię życia. Z każdą kolejną stroną coraz bardziej zagłębić się można w niepowtarzalny klimat sagi rodzinnej opowiadającej o prawie że całym życiu Estebana Trueby i kobiet Jego życia - pierwszej narzeczonej, żony, córki, wnuczki... Choć ta powieść toczy się wokół tego mężczyzny to właśnie ten klimat, domowe ognisko kształtują  One i ich duch a złaszcza Clary - żony Estebana, jest wyczuwalny przez cały czas, nawet po Jej śmierci. Wyraźnie zarysowane charaktery poszczególnych postaci sprawiają iż bardzo szybko czytelnik może wykształcić  własne zdanie o każdej z nich, czując do niektórych sympatię czy też niekiedy odrazę, po prostu nie można przejść obok obojętnie. Całość sagi dopełnia tło burzliwej historii jednego z krajów Ameryki Południowej, którego nazwa skąd inąd nie pada w książce, jednak można się domyślić, że chodzi o Chile - ojczyznę pisarki. I może wydawać się ta powieść smutna, jednak to nic bardziej mylnego bo ukazuje ona po prostu pełnię życia a wraz z tym zarówno smutki i radości bo jak pisał nasz poeta: "Kto nie zaznał goryczy ni razu, ten nigdy nie zazna słodyczy w niebie... kto nie zaznał miłości ni razu, ten nigdy nie może być w niebie..."

"Dom duchów" czy inaczej "Dom dusz", jak jest tłumaczony tytuł filmu będący ekranizacją powieści Allende (i według mnie ta druga nazwa jest bardziej trafna), czytało mi się bardzo dobrze, z każdą kolejną stroną coraz lepiej. Zabierałam ze sobą tę książkę wszędzie i czytałam kiedy tylko mogłam, jednak nie spodziewałam się na początku, że aż takie uczucia we mnie może wzbudzić. Nie ukrywając mogę przyznać, że czytając Ją w trakcie fakultetu, siedząc wśród kiludziesięciu innych studentów (dobrze, że mam dłuższe włosy i zakryły one moją pochyloną nad książką głowę:) ) mimowolnie popłynęły mi same łzy po policzkach. Choć Esteban Trueba opisany jest jako "zły charakter" pod koniec powieści wzbudził we mnie litość i współczucie, gdy zdał sobie sprawę pomyłki co do metody i że być może nie był to najlepszy sposób na pokonanie marksizmu. Czuł się coraz bardziej samotny, gdyż nikt już go nie potrzebował, nie miał przy sobie dzieci, a Clara ...była już tylko duchem  - parafrazując fragment książki. Żeby tak nie słodzić przyznam, że drażniła mnie jedna rzecz... mianowicie nie podobało mi się, jak kilkakrotnie w książce naprzód zaznaczono jak potoczy się bieg wydarzeń (typu ... a za 6 lat miała przerwać to milczenie i przemówić ponownie). Zdaję sobie sprawę, że może to innych tak nie drażnić bo metafizyczny charakter tej powieści dzięki np.osobie Clary pozwala na takie wstawki, jednak mnie jakoś to przeszkadzało i nie mogłam się do tego przyzwyczaić:)

Wybrane cytaty:

  • „ Jedno nigdy nie przyszło mi na myśl – to, że Rosa była istotą śmiertelną. Wiele przecierpiałem myśląc, że znudzona oczekiwaniem na mnie wyjdzie za kogoś innego, że nigdy nie pojawi się ta przeklęta żyła, która miała mi przynieść fortunę, że kopalnia zawali się i zgniecie mnie jak karalucha. Rozważałem wszystkie te możliwości i jeszcze kilka innych – nie liczyłem się z możliwością śmierci Rosy. Czułem, że bez Rosy życie nie ma dla mnie sensu. Byłem wewnętrznie pusty jak przekłuty balon i straciłem cały ten entuzjazm.”
  • „Tej nocy wydawało mi się, że straciłem na zawsze zdolność kochania, że nigdy nie będę mógł się śmiać ani żywić złudzeń. Lecz nigdy więcej to bardzo długo. Mogłem przekonać się o tym w ciągu długiego życia.”
  • „Podobnie jak czyniła to matka w czasach. Gdy ona była niemową, zabierała Blankę w odwiedziny do ubogich, zanosząc im prezenty i słowa pocieszenia. –To służy ukojeniu naszego sumienia, córko – tłumaczyła Blance – ale nie pomaga biednym. Oni nie potrzebują miłosierdzia. Lecz sprawiedliwości.”
  • „ –Sprawiedliwości! Czy jest sprawiedliwe, żeby wszyscy mieli tyle samo? Leniwi tyle samo co pracujący? Głupi tyle samo co inteligentni? Tego nie ma nawet wśród zwierząt! To nie problem bogatych i biednych, ale silnych i słabych. Zgadzam się, że wszyscy powinniśmy mieć takie same szanse, ale ci ludzie nie czynią żadnego wysiłku. Bardzo łatwo wyciągnąć rękę i prosić o jałmużnę! Ja wierzę w wysiłek i w nagrodę. Dzięki tej filozofii osiągnąłem to, co mam.”
  • „-Dlaczego tak żyła, jeśli zostawało jej tyle pieniędzy? –krzyknął Esteban. – Bo brakowało jej wszystkiego innego- odparła łagodnym tonem Clara.”
  • „Gdy już niemal osiągnęła cel, pojawiła się babka Clara, którą tyle razy wzywała prosząc, by pomogła jej umrzeć, i powiedziała, że łaską nie jest śmierć, gdyż tak czy inaczej jest ona nieunikniona, lecz przeżycie które jest cudem.”
  • „Piszę [...] bo pamięć jest ulotna, a żyje się bardzo krótko i wszystko dzieje się tak szybko, iż nie potrafimy dostrzec związku między wydarzeniami i ocenić konsekwencji czynów, wierzymy w fikcję czasu, w teraźniejszość, przeszłość i przyszłość, ale być może wszystko dzieje się jednocześnie, jak to mówiły trzy siostry Mora... Dlatego babka Clara pisała pamiętniki: aby widzieć rzeczy w ich realnym wymiarze i okpić złą pamięć.”

Ocena: 5+/6

23:55, paulina654
Link Komentarze (14) »
środa, 18 czerwca 2008

 

Zobacz powiększenie - Zdjęcie Ali i Nino

 

„Może właśnie tak dzieli się ludzi - na ludzi lasu i ludzi pustyni. Orientalne upojenie pochodzi z pustyni, gdzie ludzi odurzają gorący wiatr i piasek, gdzie świat jest prosty, bez problemów. Las pełen jest pytań. Pustynia niczego nie żąda, niczego nie daje i  niczego nie obiecuje. Ogień palący duszę pochodzi z lasu. Człowiek pustyni - taki, jakiego znam - ma tylko jedną twarz i zna tylko jedną, przepełniającą go prawdę, człowiek lasu ma wiele twarzy. Fanatycy pochodzą z pustyni, twórcy z lasów. Może taka właśnie jest podstawowa różnica między Wschodem i Zachodem.”

Pustynia i las...obydwa te zjawiska przyrody są przeciwieństwami i nie mogą ze sobą współistnieć. Bo czy widzieliście kiedyś skupisko drzew na środku pustyni? Drzewa, aby żyć potrzebują wody a tej jak wiadomo nie ma  pod dostatkiem na tym obszarze pokrytym piaskiem jaki stanowią pustynne obszary. Ali Chan Szirwanszwir - syn pustyni i człowiek Wschodu wywodzący się ze znakomitego rodu perskich chanów oraz Nino Kipiani - córka lasu, mająca duszę Zachodu gruzińska księżniczka...Niby tyle ich dzieli a tylko jedno łączy - miłość. Tylko tyle a może właśnie aż tyle... To gorące i głębokie uczucie sprawiło iż spróbowali pokonać te wszystkie różnice ich dzielące - odmienne obyczaje, religie, style życia, tradycje. Pomimo swego młodego wieku wcale nie zachowywali się niedojrzale doskonale zdając sobie sprawę z ich własnego położenia i tego co będą musieli pokonać. Będą próbowali na drodze kompromisów i wzajemnego porozumienia dusz stworzyć swą własną oazę...to miejsce, gdzie pustynia styka się z krainą roślinności...niezwykle rzadkie zjawisko jednak od czasu do czasu występujące w przyrodzie...

Kurban Said w swej niezwykłej powieści o miłości pokazał również w sposób obrazowy wielonarodowościowość Zakaukazia, jego różnorodność geograficzną. Możemy przenieść się razem z bohaterami do Gruzji, Karabachu, Dagestanu i Persji. A przede wszystkim poznać specyficzny charakter miasta Baku - tam gdzie styka się Europa z Azją ... To właśnie w tym mieście Ali i Nino najlepiej się czują bo każde z nich potrafi znaleźć cząstkę swego miejsca na ziemi. „ W istocie były to dwa miasta, jedno wewnątrz drugiego, niczym jądro orzecha w skorupie. Poza Starym Murem leżało Miasto Zewnętrzne z szerokimi ulicami, wysokimi domami, pełne chciwych, hałaśliwych mieszkańców. Miasto Zewnętrzne powstało w wyniku bogacenia się ludzi na ropie naftowej, która pochodziła z naszej pustyni. Znajdowały się tu teatry, szkoły, szpitale, biblioteki; była też policja, a kobiety chodziły z odsłoniętymi ramionami. Kiedy kogoś tu zastrzelono, zawsze chodziło o pieniądze. Geograficzna granica Europy przebiegała przez Miasto Zewnętrzne i tam mieszkała Nino. Wewnątrz Starego Muru domy były wąskie i krzywe jak wschodnie sztylety. Minarety, tak różne od wież wiertniczych przeszywały zamglony księżyc...” Śledzimy też historię powstającego niezależnego państwa - Azerbejdżanu. Miejsca, gdzie żyje jeszcze mnóstwo starodawnych zwyczajów i wierzeń, ale wkracza tu już europejskość przede wszystkim dzięki inwestycjom związanych z ropą Morza Kaspijskiego. W tle możemy usłyszeć dźwięki toczącej się I wojny światowej, Rewolucji Pażdziernikowej,walk o niepodległość Azerbejdżanu...To wszystko sprawia, że można poczuć te specyficzne klimaty i zapoznać się z jakże odmienną od naszej kulturą Wschodu (religijnymi obrzędami, zupełnie innym traktowaniem kobiet i postrzegania ich roli w rodzinie, zwyczajami panującymi w domu, różnice w przyjmowaniu gości, w wystroju wnętrz, ubiorze, zachowaniu) nie ruszając się nawet na krok z domu.

Ocena: 5/6

00:00, paulina654
Link Komentarze (6) »
czwartek, 22 maja 2008

"Wiek Umiaru" natomiast pokazuje nam problem starzenia się i próbę akceptacji tego co nieuniknione. Śledząc zapiski głównej bohaterki widzimy jak słysząc z ust męża słowo 'starość' aż się wzdryga na nie, nie mogąc znieść tego, że on się z tym godzi a zwłaszcza, że wątpi iż nic już nowego nie osiągnie w swej dziedzinie. Sama ma masę pomysłów i jest w trakcie pisania pracy... jednak po pewnym czasie i Ją dopada myśl o niemocy twórczej, gdy wydany pierwszy tom Jej dzieła nie okazuje się niczym odkrywczym a wręcz powtórką tego co już wcześniej zawarła w innych swych dziełach...Wszystko przestaje mieć swój czar i nic Ją nie cieszy co dodatkowo pogłębia nieporozumienie z mężem oraz konflikt z synem, który chce iść własną drogą i odwraca się od ideałów zaszczepionych mu przez rodziców...

Wybrane cytaty:
  • „ – Jest pani taka młoda! – dodała. Często słyszę te słowa, pochlebiają mi. Nagle jednak to powiedzenie rozdrażniło mnie. Jest to dwuznaczny komplement, który zapowiada trudne dni. Zachować siły witalne, wesołe usposobienie, sprawność umysłową – znaczy pozostać młodym. A zatem, ze starością muszą iść w parze rutyna, zgryźliwość, starcze zdziecinnienie. Nie jestem młoda, dobrze się trzymam, to coś zupełnie innego. Jestem więc dobrze zakonserwowana i być może skończona."

  • „Nie wolno przesądzać o przyszłości. Łatwo mówić. Teraz ją widziałam. Ciągnęła się przede mną jak okiem sięgnąć, płaska, goła. Ani jednego projektu, ani jednego pragnienia. Nie będę więcej pisać. Co zatem będę robić? Jaka wielka pustka we mnie, wokół mnie. Jestem niepotrzebna. Grecy nazywali swych starców trutnikami. „Niepotrzebny truteń” – mówi o sobie Hekuba w Trojankach. To o mnie chodzi. Czułam się jak rażona gromem. Zastanawiam się, jak ludziom udaje się jeszcze żyć, kiedy już niczego się po siebie nie spodziewają.”

  • „To straszne – powiedziałabym; wręcz niesprawiedliwe – że może on upływać tak szybko, a zarazem tak powoli. Przekraczałam próg liceum w Bourg niemal równie młoda co moi uczniowie, patrzyłam z rozczuleniem na starych profesorów o siwych włosach. I ani się obejrzałam, a sama zostałam starą profesorką, potem zamknęły się drzwi liceum. Przez długi czas moje kolejne klasy dawały mi złudzenie, że mam wciąż tyle samo lat. Na każdym rozpoczęciu roku szkolnego widziałam uczniów niezmiennie młodych i łudziłam się tą niezmiennością. Na oceanie czasu byłam skałą, o którą biją coraz nowe fale, a która tkwi w miejscu i nie ulega zniszczeniu. A oto nagle przypływ porywa mnie i będzie niósł, aż osiądę na mieliźnie śmierci. W tragiczny sposób moje życie płynie coraz szybciej. A przecież w tej chwili sączy się wolno, kropla po kropli – godzina za godziną, minuta za minuta[...] Dziwny rozłam między tymi dwoma rytmami. Dni uciekają mi galopem, a każdy dzień z osobna zda się wlec w nieskończoność. Pozostała mi jedyna nadzieja: Andrzej. Ale czy będzie w stanie wypełnić tę pustkę?  Na jakim znajdowaliśmy się etapie? A przede wszystkim czym byliśmy jedno są drugiego w tym naszym życiu, jakie zwie się wspólnym?”

  • „ Telefon nie zbliża, utwierdza w poczuciu dystansu. Nie jest się we dwoje, jak w czasie rozmowy, ponieważ nie widzi się siebie nawzajem. Nie jest się samym, jak przed kartką papieru, która, choć piszemy do kogoś, pozwala nam mówić z samym sobą, pozwala dociekać, odkryć prawdę.”

Ocena: 5/6 

 
21:43, paulina654
Link Komentarze (4) »

Zamknij powiększone zdjęcie

Nie lubię opowiadań i bardzo rzadko po nie sięgam...Może to mój błąd ale tak już mam. Nie lubię jak ledwo coś zacznę czytać a już się to kończy. Opowiadania kojarzą mi się z "czymś na ząb". Z czymś co połkniesz i powoduje, że masz apetyt na jeszcze a tutaj już nic nie ma...Jednak nie żałuję, że zetnęłam się z opowiadaniami Simone de Beauvoir dzięki zapoznaniu się z wyzwaniem "Portrety kobiet", przy których nie mogłam przejść obojętnie. Czytając je, a zwłaszcza tytułowe opowiadanie, emocje czasami aż we mnie wrzały. Choć nie mogłam siebie zobaczyć podczas ich czytania jestem pewna, że wszystkie uczucia jak na dłoni można było odczytywać z mojej twarzy...Jestem ciekawa co ludzie sobie myśleli widząc mnie na przystanku czytającą z takim wyrazem twarzy tą książkę:)

"Kobieta zawiedziona" zawiera dwa opowiadania - tytułowe i "Wiek umiaru". Obydwa w formie pamiętników pozwalają nam zapoznać się z przeżyciami dwóch kobiet i pokazują działanie czasu na stosunek dwojga ludzi. Forma wydaje mi się doskonała bo gdzie jak nie w pamiętnikach zapisuje się swe najskrytsze myśli?...Choć jak to można przeczytać w "Kobiecie zawiedzionej": "Pamiętnik to ciekawa rzecz: to, co się w nim przemilcza, jest ważniejsze od tego, co się w nim zapisuje."...

"Kobieta zawiedziona" opowiada o kobiecie, która po 22 latach małżeństwa została zdradzona przez męża. Niby temat stary jak świat, z którym spotyka się tyle razy w literaturze a zwłasza w filmach...jednak pisarka świetnie pokazuje nam jak tę sytuację przeżywa kobieta zdradzana. Obserwujemy jak stara się z tym jakoś uporać. Jak z niedowierzaniem stwierdza, że to co myślała iż nigdy jej małżeństwo nie dotknie jednak spotyka... Która sama oberwowała zdrady Jej przyjaciółki ale nigdy sama tego nie przeżyła i teraz na własnej skórze dowiaduje się jak to jest. Zaczyna zadawać sobie pytania jak mogło do tego dojść? Kto jest temu winien? Czy poślubiła łajdaka i dopiero teraz się o tym przekonuje, po tylu latach? Z uporem maniaka zaczyna analizować wszystkie dotychczasowe lata małżeństwa starając się znaleźć coś co pokaże Jej gdzie tkwił błąd...W pewnym momencie nawet zaczyna sie zastanawiać czy wszystko to było prawdą czy tylko mąż udawał, że Ją kocha i tylko z przymusu poślubił Ją ponieważ spodziewała się ich dziecka... Sama nie mogąc znaleźć odpowiedzi na te pytania zadaje je innym - swym znajomym i rodzinie. Oburza się, że nic Jej w tym nie pomagają.Myśli: No przecież jakby się postarali to pomogli by Jej dostrzec gdzie tkwiła przyczyna w tym co się stało! Jednak czy odpowiedzi może szukać w innych osobach? Czy nie powinna dojść do tego sama? Bo cóż mogą powiedzieć Jej ? Czyż by zadowoliła ją odpowiedź którejkolwiek z nich? .... to wszystko sprawia, że Monika popada w depresję i nie wie już jak dalej żyć. Jednak nie dziwi to, gdy tyle lat poświęciła swe życie w dążeniu do uszczęśliwienia swego męża i dzieci. Gdy patrzyła na siebie tylko oczami Maurycego zapominając o swych potrzebach...wpadając w rutynę codziennego dnia.

Czytając to opowiadanie byłam zła, zła nie tylko na męża Moniki - Maurycego, który prowadził podwójne życie dzieląc je między żonę a kochankę i raniąc każdego z nich, potem zła na samą Monikę... Czy wina tkwiła tylko po jego czy tylko po jej stronie? Hm... myślę, że obydwoje zaniedbali swoj związek, przestali dbać o niego a przecież tak jak roślina musi być codziennie podlewana tak i miłość musi być podsycana... Mówiąc szczerze na koniec stwiedziłam, że chętnie przeczytałabym pamiętnik Maurycego, aby przekonać się jak to wszystko wyglądało z Jego punktu:)

Wybrane cytaty:

  • „Tym razem weszłam na górę bez pośpiechu, włożyłam klucz do zamka. Jakie puste było mieszkanie! Jakie ono jest puste! To oczywiste, skoro nikogo w nim nie ma. Ale nie, zwykle kiedy wracam do domu, zastaję Maurycego nawet pod jego nieobecność. Dziś wieczór drzwi otwierają się na opustoszałe pokoje...”

  • Pewien człowiek stracił swój cień. Nie pamiętam już, co mu się przydarzyło, ale to było straszne. Ja straciłam swój obraz. Nie patrzyłam na niego często, ale on był w tle, taki, jaki Maurycy namalował dla mnie. Obraz kobiety bezpośredniej, prawdziwej, „autentycznej”, ani małostkowej, ani idącej na kompromis, lecz pełnej zrozumienia, wyrozumiałej, wrażliwej, głęboko myślącej, poświęcającej wiele uwagi rzeczom i ludziom, oddanej bez reszty kochanym przez siebie istotom i starającej się zapewnić im szczęście. Piękne życie, pogodne i aktywne, w „harmonii”. Wokół mnie zrobiło się ciemno, już siebie nie widzę. A co widzą inni? Być może coś szkaradnego.”

  • „ Uśmiechnęła się z odrobiną politowania: - Ależ, mamo, po 15  latach małżeństwa to normalne, że przestaje się kochać swoją żonę. Dziwne byłoby, gdyby było inaczej! Są ludzie, którzy kochają się przez całe życie. – Udają. – Posłuchaj, nie odpowiadaj mi jak inni ogólnikami: „To jest normalne, to naturalne.” To mnie nie zadowala. Z pewnością popełniłam jakieś błędy. Jakie? – Popełniłaś błąd sądząc, ze miłość to coś trwałego. Ja już zrozumiałam; kiedy tylko zaczynam się przywiązywać do jakiegoś faceta, biorę sobie innego. – A wiec nigdy nie będziesz kochać! – Oczywiście, że nie. Sama widzisz, dokąd to prowadzi. – Po co żyć, jeśli się nikogo nie kocha! Nie żałuję, że kochałam Maurycego i nawet dziś nie chcę przestać go kochać. Pragnę, aby on mnie kochał.”

  • "Kiedy tak długo się żyło dla innych, trochę trudno się przestawić, żyć dla siebie. Nie trzeba wpadać w pułapkę poświęcenia: dobrze wiem, że słowa 'dawać' i 'brać' są wymienne i że tak bardzo zależało mi, aby potrzebowały mnie moje córki."

  • "Twoim największym błędem - oznajmiła mu - było to, że pozwoliłeś, abym ufna, uśpiła swoją czujność. I oto znalazłam się w wieku czterdziestu czterech lat z pustymi rękami, bez zawodu, nie mając w życiu żadnego innego celu poza tobą. Gdybyś osiem lat temu mnie uprzedził, ułożyłabym sobie niezależne życie i łatwiej pogodziłabym z taką sytuacją."

  • "Dziś rano doznałam olśnienia: to wszystko moja wina. Najpoważniejszy błąd, jaki popełniłam, to to, że nie rozumiałam przemijania czasu. Czas mijał, a ja trwałam w swej postawie idealnej żony idealnego męża. Zamiast ożywić nasze życie seksualne, fascynowałam się wspomnieniami naszych dawnych nocy. Wyobrażałam sobie, że zachowałam twarz i figurę trzydziestolatki, zamiast dbać o siebie, uprawiać gimnastykę, odwiedzać salon piękności. Pozwoliłam zanikać swojej inteligencji; nie kształciłam już umysłu, myślałam sobie: później, kiedy dziewczynki dorosną i nas opuszczą.[...] Sądziłam, że ognisko domowe starczy mu za wszystko, sądziłam, że mam go całego dla siebie. Ogólnie rzecz biorąc uważała, że wszystko jest już uzgodnione, ustalone: musiało go to drażnić, jego, który zmienia się i poddaje różne rzeczy w wątpliwość. Rozdrażnienie, tego się nie wybacza."

Ocena: 5+/6

21:35, paulina654
Link Komentarze (4) »
środa, 14 maja 2008

Zdjęcie W kraju rzeczy ostatnich.

 

 

"To są już ostatnie rzeczy, napisała. Znikają kolejno, bezpowrotnie. Mogę Ci opowiedzieć o tych, które widziałam, o tych, których już  nie ma, ale wątpię, czy czasu starczy. Wszystko za szybko się dzieje, nie nadążam[...]  Nie liczę, że zrozumiesz. Nie widziałeś, co tu się dzieje, nie umiałbyś nawet sobie tego wyobrazić."

Kraj rzeczy ostatnich... czy zastanawiałeś się kiedyś jak może on wyglądać? Nie? To zasiądź wygodnie i zapnij pasy przed opowieścią Anny Blaume. Dziewczyny wyruszającej na poszukiwania swego brata, który wybrał się do Miasta w celu zrobienia cyklu reportaży i słuch o nim zaginął...

Słowa Anny skierowane w liście do przyjaciela powodują iż od początku zanurzamy się w mieście malowanym kolorami szarości, które ożywiają nieliczne plamy jaśniejszych barw. Nie ma ono swej nazwy...po prostu to Miasto. Przybywając do niego zostajesz rzucony na głęboką wodę i... albo nauczysz się od razu pływać albo utoniesz... Musisz się nauczyć stawiać każdy krok, a i tak musisz pamiętać iż w każdym momencie masz być gotowym na atak z każdej strony...musisz zdobyć zdolność przystosowania się do nagle zaistniałej nowej sytuacji."Kiedy idziesz ulicą, pisała dalej, pamiętaj, żeby iść wolno, noga za nogą, bo inaczej na pewno się przewrócisz. Miej oczy otwarte, rozglądaj się : w górę, w dół, przed siebie, za siebie, wypatruj innych przechodniów, strzeż się rzeczy nieprzewidzianych. Zderzenie może być zgubne. Dwie osoby zderzają się i zaczynają okładać się pięściami. Albo padają na ziemię i nawet nie próbują wstać. Prędzej czy później przychodzi taka chwila, kiedy już nie próbujesz wstać. Wszystko Cię boli, nie ma lekarstwa na ten ból. Gorszy tutaj niż gdziekolwiek." Wytęż każdy swój zmysł a i tak nie zapominaj, że do końca nie możesz na nich polegać bo to co jeszcze przed chwilą widziałeś może już nie istnieć... "Kto tu trochę pomieszka, przekonuje się, że nic nie jest takie oczywiste. Wystarczy tylko na chwilę zamknąć oczy, obrócić się, spojrzeć gdzie indziej, i oto rzecz, którą mieliśmy przed oczami, nagle znika. Nic nie jest trwałe, nawet własne myśli. I nie wolno szukać tego, co przepadło, strata czasu. Co raz znikło, nie wróci."

Własne potrzeby? Lepiej o nich zapomnij a jak nie możesz to postaraj się ograniczyć do minimum...

"Wszyscy uważamy, że właściwie należy nam się cały świat, a gdy w grę wchodzą sprawy najbardziej podstawowe – chociażby jedzenie czy dach nad głową, do których zapewne z natury mamy prawo – niewiele czasu potrzeba, żebyśmy zaczęli traktować je jak niezbywalne dobra. Dopiero tracąc je zauważamy, cośmy właściwie posiadali. Lecz gdy tylko odzyskamy rzecz utraconą, natychmiast znów przestajemy to dostrzegać."

Śmierć? Ha, to jest luksus, o którym w każdej chwili marzysz chcąc się uwolnić od tej rzeczywistości...a co Nią jest?

"Ostatni Skok to akt zrozumiały dla wszystkich. Każdy odnajduje w nim echo swojej najgłębszej tęsknoty : umrzeć błyskawicznie, unicestwić się w jednej chwalebnej sekundzie. Czasami wydaje mi się, że śmierć to jedyna rzecz, którą jeszcze czujemy, nasza forma artystyczna, jedyny środek wyrazu[...] Im bliższy koniec, tym więcej masz do powiedzenie. Koniec to tylko iluzja – cel, który sam sobie wymyślasz, żeby wytrwać ale w pewnym momencie zaczynasz rozumieć, że nigdy go nie osiągniesz. Może będziesz musiał się zatrzymać, a to tylko dlatego, że wyczerpie się Twój czas. Zatrzymasz się, lecz nie będzie to znaczyło, że dobrnąłeś do końca..."

 

Lecz zaraz, zaraz...widzę jakieś nieliczne jaśniejsze punkciki...Jakie? Przypacz się uważnie a i Ty je dostrzeżesz. I nie zapominaj w co wierzysz...bo to ona czyni cuda i pozwala wytrwać wiele...

 

 

"Nie chcę być taka jak inni. Widzę, co z nimi robią te ich urojenia, i nie pozwolę, żeby mnie spotkało to samo. Ludzie – duchy zawsze umierają we śnie... Ale to chyba szczęśliwa śmierć Tyle gotowa jestem przyznać. Nieraz pewnie im zazdrościłam. Ale nie, nie pozwolę sobie na ten luz. Nigdy w życiu. Będę się trzymać, póki zdołam, choćby mnie to zabiło."

 

Nie jest to na pewno książeczka do poduszki na dobranoc. Sprawiła, iż zaczęłam zastanawiać się ponownie nad naszą cywilizacją i czy kiedyś tak właśnie będzie wyglądało któreś miasto a może nie tylko jedno...Niewątpliwie zależy to od nas samych...Heh przecież już tak bywało i myślę, że pewne elementy z tej książki można i dziś zaobserwować...

Słowa Anny sprawiły iż w pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać czy przypadkiem to co nam opowiada nie jest tworem jej wyobraźni...jakiegoś snu. Te znikające budynki, miejsca...lecz co jest stałe? Myślimy iż będziemy żyć  i wszystko wokół nasz pozostanie niezmienne...te miejsca, w których bawiliśmy się w dzieciństwie,  ten dom w którym kilka lat temu mieszkaliśmy...a potem odwiedzając je ponownie zaskakują nas zmiany...bo przecież to nie tak dawno było. Również na samym początku powieści czułam się jakbym trafiła do miasta w czasie wojny...to zezwierzęcenie ludzi...Paul Auster tak plastycznie opisuje to wszystko...

Jak napisałam śmierć była w tym Mieście 'luksusem", o którym marzyło wiele osób. Niektórzy odważali się na ten krok...Jednak czy nie jest właśnie łatwiej umrzeć aniżeli żyć? Żyć, stawiać każdego dnia kolejny krok walcząc z rzeczywistością i idąc naprzód pomimo wszystkiego i wszystkich... Nie jest to łatwe, zapewne ale czyż ktoś gwarantował nam, że tak będzie?

 

Pierwsze spotkanie z Paulem Austerem sprawiło iż pragnę więcej...

 

Ocena: 6-/6

 

 

23:08, paulina654
Link Komentarze (8) »
czwartek, 08 maja 2008

Bieg Morgana 

 „Rodzimy się z wieloma cechami – o istnieniu niektórych z nich pewno sami nigdy się nie dowiemy. Wszystko bowiem zależy od tego, jaki bieg przeznaczy dla nas Bóg.”

 Takie oto 2 zdania witają każdego czytelnika, który rozpoczyna bieg razem z głównym bohaterem powieści – Richardem Morganem. Przeczytany cytat , który jak się później okazało pochodzi z końcowej części książki, bardzo mnie zaciekawił i zatrzymał me myśli, sprawiając, że z wielką ochotą i werwą wzięłam się do lektury. Pomimo tego jednak początkowo niezbyt szybko szło mi czytanie, z czasem jednak wtopiłam się w przedstawione wydarzenia co sprawiło iż coraz szybciej pokonywałam kolejne strony...Początek sądzę iż był  taki a nie inny prawdopodobnie z powodu przeczytanej wcześniej „Kobiety z wydm” Abe Kobo, która pozostawiła po sobie niezatarte wspomnienie swego specyficznego stylu...

Collen McCullough ukazuje naszym oczom wyobraźni codzienne, pełne rodzinnego ciepła i wzajemnej miłości życie Morgana i jego rodziny. Okazuje się on bardzo czułym i opiekuńczym ojcem oraz kochającym mężem. Liczy się dla niego przede wszystkim rodzina a miłość do córeczki bije z niego niesamowicie...W wyniku epidemii odry niestety umiera jego mała Mary a straszny ból, który przybija go zostaje ukojony (choć sądzę, że nie do końca bo zawsze jakaś pustka pozostaje) narodzinami syna – Williama Henry’ego. To na niego przelewa swoje uczucia troszcząc się o Willie’go niezmiernie. Będąc pracowitym człowiekiem i wyśmienitym kuśnierzem stwarza dobre warunki do życia swym najbliższym i przebiega ono wręcz idyllicznie. Po pewnym czasie wkrada się jednak jakiś cień do tego sielankowego obrazka... Niezwykła troska Richarda o syna, wręcz nadopiekuńczość, ich wzajemne do siebie przywiązanie oraz dręczenie się niemożliwością dania mężowi kolejnych dzieci sprawia iż z Peggy zaczyna się dziać coś niedobrego aż w końcu nagle umiera... Potem na Morgana spada kolejny cios w postaci utraty syna  a na koniec na skutek machinacji losu a także angielskiego XVIII - wiecznego systemu więziennictwa zostaje skazany na wysiedlenie w ramach eksperymentu karnego na kontynent odkryty niewiele lat wcześniej przez kapitana Cooka. Praktycznie nie zostaje mu nic dla czego warto by żyć... Właśnie w tym momencie wkraczamy w zasadniczą część biegu Morgana, która jawi się zasnutą mgłą linią bardzo odległej mety.

ﯽﯽﯽﯽﯽﯽﯽﯽﯽﯽﯽﯽﯽﯽﯽﯽﯽﯽﯽﯽﯽﯽﯽﯽﯽﯽﯽﯽ    

Richard Morgan jest bardzo ciekawą postacią. Jawi się nam jako osoba niezwykle silna, cicha, cierpliwa, nie wypowiadająca zbyt wielu słów jednak mająca swe zdanie postępując wedle niego, nie szukająca tłumów a wręcz stroniąca od nich... Zastanawiałam się w pewnym momencie czytania czy może on denerwować czytelnika jawiąc się jako hm osoba nie dająca się ponieść żadnym słabościom (jednak potem się przekonałam, że takowe też posiada) czy może troszkę flegmatyczną. Czasami jawi się on jako zagadka...

 

„Tylko pan Thistlethwaite patrzył na Richarda,i to z politowaniem. Czy on nigdy nie miał możliwości decydowania o swoim losie? W bladoszarych oczach na przystojnej twarzy Richarda Morgana nie kryła się ani złość, ani niezadowolenie. Chryste panie! Ależ on ma cierpliwość! Cierpliwość dla swego ojca, dla żony, dla matki, tej całej klienteli, kuzyna Jamesa aptekarza – ta lista nie ma końca. Wydaje się, że jedyną osobą, dla której Richard byłby skłonny walczyć, jest William Henry i nawet wówczas załatwiłby to po cichu, z pewnością bardziej nieugięty niż cholerytyczny. Co w Tobie siedzi, Richardzie Morganie? Czy Ty w ogóle znasz samego siebie? Gdyby Dick był moim ojcem, to przyłożyłbym mu pięścią tak, że zwaliłby się na podłogę. A Ty tolerujesz jego kaprysy, jego wybuchy i zaczepki, jego krytycyzm, nawet jego mało ukrywalną pogardę dla Ciebie. Jakaż jest Twoja filozofia?

Skąd czerpiesz swoją siłę? Bo wiem, że ją masz. Ale czy ma ona jakiś związek z rezygnacją? Nie, to niezupełnie to. Jesteś dla mnie zagadką, a mimo to bardziej Cię lubię niż wszystkich innych ludzi, jakich znam. I boję się o ciebie. Ale dlaczego? Mam bowiem przeczucie, że taka cierpliwość i wyrozumiałość pokusi Boga, żeby cię wypróbować.”

„On nie lubi scen, to mężczyzna, który pozostaje w cieniu. Nie chce wyróżniać się od reszty, a jednak wybija się dzięki swym zdolnością i zaletom. Nic nie zdoła skruszyć tego pancerza, nic nie jest w stanie go osłabić, nic nie odciągnie go od tego, co uważa za swój cel. ... Nic o nim nie wiem, bo nigdy o sobie nie mówi. Kiedy jest zły, wiadomo to tylko po innego rodzaju ciszy, po czym zabiera się do osiągania tego, co chce, w inny sposób ...”

 

 

 Collen McCullough w swej powieści pokazuje też historię narodzin Australii i wszystko to co temu towarzyszyło – wyprawa setek więźniów w nieznane, gdzieś gdzie jeszcze żaden biały człowiek się nie zadomowił i nie ujarzmił tamtejszej ziemi. Zaznajamiamy się przy tej okazji z systemem angielskiego więziennictwa końca XVIII wieku. Dowiadujemy się, iż złodziejka paru kapeluszy czy złodziej pokaźnej sumy pieniędzy praktycznie dostają taką samą karę a najczęstsza była to kara śmierci bądź wysiedlenie z Anglii. Takie a nie inne z powodu przepełnionych więzień, do których często trafiali ludzie niewinni bądź drobni złodziejaszkowie. Wysyłanie do innych krajów bardzo się spodobało ówczesnym władzom jako sposób pozbycia się problemu. Z powodu niezbyt udanego pomysłu wysyłki do Afryki angielski rząd postanowił spróbować z miejscem odkrytym przez Cooka położonym gdzieś hen daleko od kraju. Przerażające są warunki w jakich transportowano więźniów traktując ich dosłownie jak bydło a może i jeszcze czasami gorzej... W oczy kłują chciwi kontrahenci, obojętni urzędnicy przerzucający papiery, pijący łapczywie porto baronowie i admirałowie.

 „Nikt nie wiedział co robić, nawet żałosny i doprowadzony do rozpaczy mały gubernator Phillip. Wszystko nie było ani dobrze zaplanowane, ani też nie wyposażono nas odpowiednio. Nikt w Whitehall nie przygotował planu działań, a kontrahenci oszukiwali zarówno na jakości jak i na liczbie ubrań, narzędzi i innych wysłanych z nami niezbędnych rzeczy. Nie jestem pewien jak to przetrwaliśmy, poza tym , że jest to chyba dowód wytrwałości i wytrzymałości tych ludzi. Twierdzenie, że Anglia dała nam tu drugą szansę, jest nieprawdą, Nie dano nam tu żadnej szansy, ani pierwszej ani ostatniej.”

A jak odczuwali tę wyprawę Ci w lepszym  położeniu się znajdujący od więźniów – ich kapitanowie, dowódcy? Oto wypowiedź jednego z nich:

„ – Panie Donovan, dlaczego zdecydował się pan na tę niepewną wyprawę, tam gdzie, jak dotąd, dotarł jedynie kapitan Cook? Piękne niebieskie oczy rozjaśniły się. – Dlatego, Richardzie, że chcę być częścią historii, nieważne ja mało znaczącą. Wyprawa, na którą się wybraliśmy, jest jak opowieść – to nie jest jakiś tam marsz do starych, znanych już miejsc, nawet jeśli miejsca te mają tak ponętne nazwy jak Cathay....robimy coś, czego jeszcze nikt nie dokonał. Zabieramy ze sobą ponad tysiąc pięćset nieszczęsnych ludzi, aby zaczęli żyć na dziewiczej ziemi bez żadnego przygotowania...bez żadnego przygotowania, planu, i bez żadnych skrupułów. ... Prawda jest taka, że nie znaczycie więcej niż jedno lub dwa dochodzenia parlamentarne. Nawet jeśli wszyscy zginiemy, ta wyprawa jest wielkim wydarzeniem historycznym i ja jestem jego częścią. I chętnie umrę, jeśli będzie trzeba.”

Historia Richarda Morgana jest prawdziwa. Pisarka opierała się na opowiadaniach jego krewnej a także starannie się przygotowała z zakresu sytuacji panującej w Anglii i ludzi wówczas żyjących wspaniale to wszystko przedstawiając, co jest dla mnie niewątpliwym plusem tej powieści pozwalając znaleźć się w tamtych czasach i zaistniałych sytuacjach. Historia jednak myślę, że może niektórym wydawać czymś trochę banalnym i przewidywalnym (sielankowe życie a potem wszystko staczające się na samo dno) jednak dobrze i szybko czytało mi się tę dość sporawą książkę:)

 

  Ocena: 5-/6 
22:39, paulina654
Link Komentarze (6) »