| < Maj 2008 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 31  
statystyka
Wiatr sprawia iż nasiona dmuchawca wędrują daleko w świat,w tylko sobie znanym kierunku...tak moje myśli za sprawą książek wędrują w coraz to inne obszary...mojej wyobraźni
Kategorie: Wszystkie | Wyzwanie czytelnicze | inne kartki ;)
RSS
czwartek, 22 maja 2008

"Wiek Umiaru" natomiast pokazuje nam problem starzenia się i próbę akceptacji tego co nieuniknione. Śledząc zapiski głównej bohaterki widzimy jak słysząc z ust męża słowo 'starość' aż się wzdryga na nie, nie mogąc znieść tego, że on się z tym godzi a zwłaszcza, że wątpi iż nic już nowego nie osiągnie w swej dziedzinie. Sama ma masę pomysłów i jest w trakcie pisania pracy... jednak po pewnym czasie i Ją dopada myśl o niemocy twórczej, gdy wydany pierwszy tom Jej dzieła nie okazuje się niczym odkrywczym a wręcz powtórką tego co już wcześniej zawarła w innych swych dziełach...Wszystko przestaje mieć swój czar i nic Ją nie cieszy co dodatkowo pogłębia nieporozumienie z mężem oraz konflikt z synem, który chce iść własną drogą i odwraca się od ideałów zaszczepionych mu przez rodziców...

Wybrane cytaty:
  • „ – Jest pani taka młoda! – dodała. Często słyszę te słowa, pochlebiają mi. Nagle jednak to powiedzenie rozdrażniło mnie. Jest to dwuznaczny komplement, który zapowiada trudne dni. Zachować siły witalne, wesołe usposobienie, sprawność umysłową – znaczy pozostać młodym. A zatem, ze starością muszą iść w parze rutyna, zgryźliwość, starcze zdziecinnienie. Nie jestem młoda, dobrze się trzymam, to coś zupełnie innego. Jestem więc dobrze zakonserwowana i być może skończona."

  • „Nie wolno przesądzać o przyszłości. Łatwo mówić. Teraz ją widziałam. Ciągnęła się przede mną jak okiem sięgnąć, płaska, goła. Ani jednego projektu, ani jednego pragnienia. Nie będę więcej pisać. Co zatem będę robić? Jaka wielka pustka we mnie, wokół mnie. Jestem niepotrzebna. Grecy nazywali swych starców trutnikami. „Niepotrzebny truteń” – mówi o sobie Hekuba w Trojankach. To o mnie chodzi. Czułam się jak rażona gromem. Zastanawiam się, jak ludziom udaje się jeszcze żyć, kiedy już niczego się po siebie nie spodziewają.”

  • „To straszne – powiedziałabym; wręcz niesprawiedliwe – że może on upływać tak szybko, a zarazem tak powoli. Przekraczałam próg liceum w Bourg niemal równie młoda co moi uczniowie, patrzyłam z rozczuleniem na starych profesorów o siwych włosach. I ani się obejrzałam, a sama zostałam starą profesorką, potem zamknęły się drzwi liceum. Przez długi czas moje kolejne klasy dawały mi złudzenie, że mam wciąż tyle samo lat. Na każdym rozpoczęciu roku szkolnego widziałam uczniów niezmiennie młodych i łudziłam się tą niezmiennością. Na oceanie czasu byłam skałą, o którą biją coraz nowe fale, a która tkwi w miejscu i nie ulega zniszczeniu. A oto nagle przypływ porywa mnie i będzie niósł, aż osiądę na mieliźnie śmierci. W tragiczny sposób moje życie płynie coraz szybciej. A przecież w tej chwili sączy się wolno, kropla po kropli – godzina za godziną, minuta za minuta[...] Dziwny rozłam między tymi dwoma rytmami. Dni uciekają mi galopem, a każdy dzień z osobna zda się wlec w nieskończoność. Pozostała mi jedyna nadzieja: Andrzej. Ale czy będzie w stanie wypełnić tę pustkę?  Na jakim znajdowaliśmy się etapie? A przede wszystkim czym byliśmy jedno są drugiego w tym naszym życiu, jakie zwie się wspólnym?”

  • „ Telefon nie zbliża, utwierdza w poczuciu dystansu. Nie jest się we dwoje, jak w czasie rozmowy, ponieważ nie widzi się siebie nawzajem. Nie jest się samym, jak przed kartką papieru, która, choć piszemy do kogoś, pozwala nam mówić z samym sobą, pozwala dociekać, odkryć prawdę.”

Ocena: 5/6 

 
21:43, paulina654
Link Komentarze (4) »

Zamknij powiększone zdjęcie

Nie lubię opowiadań i bardzo rzadko po nie sięgam...Może to mój błąd ale tak już mam. Nie lubię jak ledwo coś zacznę czytać a już się to kończy. Opowiadania kojarzą mi się z "czymś na ząb". Z czymś co połkniesz i powoduje, że masz apetyt na jeszcze a tutaj już nic nie ma...Jednak nie żałuję, że zetnęłam się z opowiadaniami Simone de Beauvoir dzięki zapoznaniu się z wyzwaniem "Portrety kobiet", przy których nie mogłam przejść obojętnie. Czytając je, a zwłaszcza tytułowe opowiadanie, emocje czasami aż we mnie wrzały. Choć nie mogłam siebie zobaczyć podczas ich czytania jestem pewna, że wszystkie uczucia jak na dłoni można było odczytywać z mojej twarzy...Jestem ciekawa co ludzie sobie myśleli widząc mnie na przystanku czytającą z takim wyrazem twarzy tą książkę:)

"Kobieta zawiedziona" zawiera dwa opowiadania - tytułowe i "Wiek umiaru". Obydwa w formie pamiętników pozwalają nam zapoznać się z przeżyciami dwóch kobiet i pokazują działanie czasu na stosunek dwojga ludzi. Forma wydaje mi się doskonała bo gdzie jak nie w pamiętnikach zapisuje się swe najskrytsze myśli?...Choć jak to można przeczytać w "Kobiecie zawiedzionej": "Pamiętnik to ciekawa rzecz: to, co się w nim przemilcza, jest ważniejsze od tego, co się w nim zapisuje."...

"Kobieta zawiedziona" opowiada o kobiecie, która po 22 latach małżeństwa została zdradzona przez męża. Niby temat stary jak świat, z którym spotyka się tyle razy w literaturze a zwłasza w filmach...jednak pisarka świetnie pokazuje nam jak tę sytuację przeżywa kobieta zdradzana. Obserwujemy jak stara się z tym jakoś uporać. Jak z niedowierzaniem stwierdza, że to co myślała iż nigdy jej małżeństwo nie dotknie jednak spotyka... Która sama oberwowała zdrady Jej przyjaciółki ale nigdy sama tego nie przeżyła i teraz na własnej skórze dowiaduje się jak to jest. Zaczyna zadawać sobie pytania jak mogło do tego dojść? Kto jest temu winien? Czy poślubiła łajdaka i dopiero teraz się o tym przekonuje, po tylu latach? Z uporem maniaka zaczyna analizować wszystkie dotychczasowe lata małżeństwa starając się znaleźć coś co pokaże Jej gdzie tkwił błąd...W pewnym momencie nawet zaczyna sie zastanawiać czy wszystko to było prawdą czy tylko mąż udawał, że Ją kocha i tylko z przymusu poślubił Ją ponieważ spodziewała się ich dziecka... Sama nie mogąc znaleźć odpowiedzi na te pytania zadaje je innym - swym znajomym i rodzinie. Oburza się, że nic Jej w tym nie pomagają.Myśli: No przecież jakby się postarali to pomogli by Jej dostrzec gdzie tkwiła przyczyna w tym co się stało! Jednak czy odpowiedzi może szukać w innych osobach? Czy nie powinna dojść do tego sama? Bo cóż mogą powiedzieć Jej ? Czyż by zadowoliła ją odpowiedź którejkolwiek z nich? .... to wszystko sprawia, że Monika popada w depresję i nie wie już jak dalej żyć. Jednak nie dziwi to, gdy tyle lat poświęciła swe życie w dążeniu do uszczęśliwienia swego męża i dzieci. Gdy patrzyła na siebie tylko oczami Maurycego zapominając o swych potrzebach...wpadając w rutynę codziennego dnia.

Czytając to opowiadanie byłam zła, zła nie tylko na męża Moniki - Maurycego, który prowadził podwójne życie dzieląc je między żonę a kochankę i raniąc każdego z nich, potem zła na samą Monikę... Czy wina tkwiła tylko po jego czy tylko po jej stronie? Hm... myślę, że obydwoje zaniedbali swoj związek, przestali dbać o niego a przecież tak jak roślina musi być codziennie podlewana tak i miłość musi być podsycana... Mówiąc szczerze na koniec stwiedziłam, że chętnie przeczytałabym pamiętnik Maurycego, aby przekonać się jak to wszystko wyglądało z Jego punktu:)

Wybrane cytaty:

  • „Tym razem weszłam na górę bez pośpiechu, włożyłam klucz do zamka. Jakie puste było mieszkanie! Jakie ono jest puste! To oczywiste, skoro nikogo w nim nie ma. Ale nie, zwykle kiedy wracam do domu, zastaję Maurycego nawet pod jego nieobecność. Dziś wieczór drzwi otwierają się na opustoszałe pokoje...”

  • Pewien człowiek stracił swój cień. Nie pamiętam już, co mu się przydarzyło, ale to było straszne. Ja straciłam swój obraz. Nie patrzyłam na niego często, ale on był w tle, taki, jaki Maurycy namalował dla mnie. Obraz kobiety bezpośredniej, prawdziwej, „autentycznej”, ani małostkowej, ani idącej na kompromis, lecz pełnej zrozumienia, wyrozumiałej, wrażliwej, głęboko myślącej, poświęcającej wiele uwagi rzeczom i ludziom, oddanej bez reszty kochanym przez siebie istotom i starającej się zapewnić im szczęście. Piękne życie, pogodne i aktywne, w „harmonii”. Wokół mnie zrobiło się ciemno, już siebie nie widzę. A co widzą inni? Być może coś szkaradnego.”

  • „ Uśmiechnęła się z odrobiną politowania: - Ależ, mamo, po 15  latach małżeństwa to normalne, że przestaje się kochać swoją żonę. Dziwne byłoby, gdyby było inaczej! Są ludzie, którzy kochają się przez całe życie. – Udają. – Posłuchaj, nie odpowiadaj mi jak inni ogólnikami: „To jest normalne, to naturalne.” To mnie nie zadowala. Z pewnością popełniłam jakieś błędy. Jakie? – Popełniłaś błąd sądząc, ze miłość to coś trwałego. Ja już zrozumiałam; kiedy tylko zaczynam się przywiązywać do jakiegoś faceta, biorę sobie innego. – A wiec nigdy nie będziesz kochać! – Oczywiście, że nie. Sama widzisz, dokąd to prowadzi. – Po co żyć, jeśli się nikogo nie kocha! Nie żałuję, że kochałam Maurycego i nawet dziś nie chcę przestać go kochać. Pragnę, aby on mnie kochał.”

  • "Kiedy tak długo się żyło dla innych, trochę trudno się przestawić, żyć dla siebie. Nie trzeba wpadać w pułapkę poświęcenia: dobrze wiem, że słowa 'dawać' i 'brać' są wymienne i że tak bardzo zależało mi, aby potrzebowały mnie moje córki."

  • "Twoim największym błędem - oznajmiła mu - było to, że pozwoliłeś, abym ufna, uśpiła swoją czujność. I oto znalazłam się w wieku czterdziestu czterech lat z pustymi rękami, bez zawodu, nie mając w życiu żadnego innego celu poza tobą. Gdybyś osiem lat temu mnie uprzedził, ułożyłabym sobie niezależne życie i łatwiej pogodziłabym z taką sytuacją."

  • "Dziś rano doznałam olśnienia: to wszystko moja wina. Najpoważniejszy błąd, jaki popełniłam, to to, że nie rozumiałam przemijania czasu. Czas mijał, a ja trwałam w swej postawie idealnej żony idealnego męża. Zamiast ożywić nasze życie seksualne, fascynowałam się wspomnieniami naszych dawnych nocy. Wyobrażałam sobie, że zachowałam twarz i figurę trzydziestolatki, zamiast dbać o siebie, uprawiać gimnastykę, odwiedzać salon piękności. Pozwoliłam zanikać swojej inteligencji; nie kształciłam już umysłu, myślałam sobie: później, kiedy dziewczynki dorosną i nas opuszczą.[...] Sądziłam, że ognisko domowe starczy mu za wszystko, sądziłam, że mam go całego dla siebie. Ogólnie rzecz biorąc uważała, że wszystko jest już uzgodnione, ustalone: musiało go to drażnić, jego, który zmienia się i poddaje różne rzeczy w wątpliwość. Rozdrażnienie, tego się nie wybacza."

Ocena: 5+/6

21:35, paulina654
Link Komentarze (4) »
środa, 14 maja 2008

Zdjęcie W kraju rzeczy ostatnich.

 

 

"To są już ostatnie rzeczy, napisała. Znikają kolejno, bezpowrotnie. Mogę Ci opowiedzieć o tych, które widziałam, o tych, których już  nie ma, ale wątpię, czy czasu starczy. Wszystko za szybko się dzieje, nie nadążam[...]  Nie liczę, że zrozumiesz. Nie widziałeś, co tu się dzieje, nie umiałbyś nawet sobie tego wyobrazić."

Kraj rzeczy ostatnich... czy zastanawiałeś się kiedyś jak może on wyglądać? Nie? To zasiądź wygodnie i zapnij pasy przed opowieścią Anny Blaume. Dziewczyny wyruszającej na poszukiwania swego brata, który wybrał się do Miasta w celu zrobienia cyklu reportaży i słuch o nim zaginął...

Słowa Anny skierowane w liście do przyjaciela powodują iż od początku zanurzamy się w mieście malowanym kolorami szarości, które ożywiają nieliczne plamy jaśniejszych barw. Nie ma ono swej nazwy...po prostu to Miasto. Przybywając do niego zostajesz rzucony na głęboką wodę i... albo nauczysz się od razu pływać albo utoniesz... Musisz się nauczyć stawiać każdy krok, a i tak musisz pamiętać iż w każdym momencie masz być gotowym na atak z każdej strony...musisz zdobyć zdolność przystosowania się do nagle zaistniałej nowej sytuacji."Kiedy idziesz ulicą, pisała dalej, pamiętaj, żeby iść wolno, noga za nogą, bo inaczej na pewno się przewrócisz. Miej oczy otwarte, rozglądaj się : w górę, w dół, przed siebie, za siebie, wypatruj innych przechodniów, strzeż się rzeczy nieprzewidzianych. Zderzenie może być zgubne. Dwie osoby zderzają się i zaczynają okładać się pięściami. Albo padają na ziemię i nawet nie próbują wstać. Prędzej czy później przychodzi taka chwila, kiedy już nie próbujesz wstać. Wszystko Cię boli, nie ma lekarstwa na ten ból. Gorszy tutaj niż gdziekolwiek." Wytęż każdy swój zmysł a i tak nie zapominaj, że do końca nie możesz na nich polegać bo to co jeszcze przed chwilą widziałeś może już nie istnieć... "Kto tu trochę pomieszka, przekonuje się, że nic nie jest takie oczywiste. Wystarczy tylko na chwilę zamknąć oczy, obrócić się, spojrzeć gdzie indziej, i oto rzecz, którą mieliśmy przed oczami, nagle znika. Nic nie jest trwałe, nawet własne myśli. I nie wolno szukać tego, co przepadło, strata czasu. Co raz znikło, nie wróci."

Własne potrzeby? Lepiej o nich zapomnij a jak nie możesz to postaraj się ograniczyć do minimum...

"Wszyscy uważamy, że właściwie należy nam się cały świat, a gdy w grę wchodzą sprawy najbardziej podstawowe – chociażby jedzenie czy dach nad głową, do których zapewne z natury mamy prawo – niewiele czasu potrzeba, żebyśmy zaczęli traktować je jak niezbywalne dobra. Dopiero tracąc je zauważamy, cośmy właściwie posiadali. Lecz gdy tylko odzyskamy rzecz utraconą, natychmiast znów przestajemy to dostrzegać."

Śmierć? Ha, to jest luksus, o którym w każdej chwili marzysz chcąc się uwolnić od tej rzeczywistości...a co Nią jest?

"Ostatni Skok to akt zrozumiały dla wszystkich. Każdy odnajduje w nim echo swojej najgłębszej tęsknoty : umrzeć błyskawicznie, unicestwić się w jednej chwalebnej sekundzie. Czasami wydaje mi się, że śmierć to jedyna rzecz, którą jeszcze czujemy, nasza forma artystyczna, jedyny środek wyrazu[...] Im bliższy koniec, tym więcej masz do powiedzenie. Koniec to tylko iluzja – cel, który sam sobie wymyślasz, żeby wytrwać ale w pewnym momencie zaczynasz rozumieć, że nigdy go nie osiągniesz. Może będziesz musiał się zatrzymać, a to tylko dlatego, że wyczerpie się Twój czas. Zatrzymasz się, lecz nie będzie to znaczyło, że dobrnąłeś do końca..."

 

Lecz zaraz, zaraz...widzę jakieś nieliczne jaśniejsze punkciki...Jakie? Przypacz się uważnie a i Ty je dostrzeżesz. I nie zapominaj w co wierzysz...bo to ona czyni cuda i pozwala wytrwać wiele...

 

 

"Nie chcę być taka jak inni. Widzę, co z nimi robią te ich urojenia, i nie pozwolę, żeby mnie spotkało to samo. Ludzie – duchy zawsze umierają we śnie... Ale to chyba szczęśliwa śmierć Tyle gotowa jestem przyznać. Nieraz pewnie im zazdrościłam. Ale nie, nie pozwolę sobie na ten luz. Nigdy w życiu. Będę się trzymać, póki zdołam, choćby mnie to zabiło."

 

Nie jest to na pewno książeczka do poduszki na dobranoc. Sprawiła, iż zaczęłam zastanawiać się ponownie nad naszą cywilizacją i czy kiedyś tak właśnie będzie wyglądało któreś miasto a może nie tylko jedno...Niewątpliwie zależy to od nas samych...Heh przecież już tak bywało i myślę, że pewne elementy z tej książki można i dziś zaobserwować...

Słowa Anny sprawiły iż w pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać czy przypadkiem to co nam opowiada nie jest tworem jej wyobraźni...jakiegoś snu. Te znikające budynki, miejsca...lecz co jest stałe? Myślimy iż będziemy żyć  i wszystko wokół nasz pozostanie niezmienne...te miejsca, w których bawiliśmy się w dzieciństwie,  ten dom w którym kilka lat temu mieszkaliśmy...a potem odwiedzając je ponownie zaskakują nas zmiany...bo przecież to nie tak dawno było. Również na samym początku powieści czułam się jakbym trafiła do miasta w czasie wojny...to zezwierzęcenie ludzi...Paul Auster tak plastycznie opisuje to wszystko...

Jak napisałam śmierć była w tym Mieście 'luksusem", o którym marzyło wiele osób. Niektórzy odważali się na ten krok...Jednak czy nie jest właśnie łatwiej umrzeć aniżeli żyć? Żyć, stawiać każdego dnia kolejny krok walcząc z rzeczywistością i idąc naprzód pomimo wszystkiego i wszystkich... Nie jest to łatwe, zapewne ale czyż ktoś gwarantował nam, że tak będzie?

 

Pierwsze spotkanie z Paulem Austerem sprawiło iż pragnę więcej...

 

Ocena: 6-/6

 

 

23:08, paulina654
Link Komentarze (8) »
czwartek, 08 maja 2008

Bieg Morgana 

 „Rodzimy się z wieloma cechami – o istnieniu niektórych z nich pewno sami nigdy się nie dowiemy. Wszystko bowiem zależy od tego, jaki bieg przeznaczy dla nas Bóg.”

 Takie oto 2 zdania witają każdego czytelnika, który rozpoczyna bieg razem z głównym bohaterem powieści – Richardem Morganem. Przeczytany cytat , który jak się później okazało pochodzi z końcowej części książki, bardzo mnie zaciekawił i zatrzymał me myśli, sprawiając, że z wielką ochotą i werwą wzięłam się do lektury. Pomimo tego jednak początkowo niezbyt szybko szło mi czytanie, z czasem jednak wtopiłam się w przedstawione wydarzenia co sprawiło iż coraz szybciej pokonywałam kolejne strony...Początek sądzę iż był  taki a nie inny prawdopodobnie z powodu przeczytanej wcześniej „Kobiety z wydm” Abe Kobo, która pozostawiła po sobie niezatarte wspomnienie swego specyficznego stylu...

Collen McCullough ukazuje naszym oczom wyobraźni codzienne, pełne rodzinnego ciepła i wzajemnej miłości życie Morgana i jego rodziny. Okazuje się on bardzo czułym i opiekuńczym ojcem oraz kochającym mężem. Liczy się dla niego przede wszystkim rodzina a miłość do córeczki bije z niego niesamowicie...W wyniku epidemii odry niestety umiera jego mała Mary a straszny ból, który przybija go zostaje ukojony (choć sądzę, że nie do końca bo zawsze jakaś pustka pozostaje) narodzinami syna – Williama Henry’ego. To na niego przelewa swoje uczucia troszcząc się o Willie’go niezmiernie. Będąc pracowitym człowiekiem i wyśmienitym kuśnierzem stwarza dobre warunki do życia swym najbliższym i przebiega ono wręcz idyllicznie. Po pewnym czasie wkrada się jednak jakiś cień do tego sielankowego obrazka... Niezwykła troska Richarda o syna, wręcz nadopiekuńczość, ich wzajemne do siebie przywiązanie oraz dręczenie się niemożliwością dania mężowi kolejnych dzieci sprawia iż z Peggy zaczyna się dziać coś niedobrego aż w końcu nagle umiera... Potem na Morgana spada kolejny cios w postaci utraty syna  a na koniec na skutek machinacji losu a także angielskiego XVIII - wiecznego systemu więziennictwa zostaje skazany na wysiedlenie w ramach eksperymentu karnego na kontynent odkryty niewiele lat wcześniej przez kapitana Cooka. Praktycznie nie zostaje mu nic dla czego warto by żyć... Właśnie w tym momencie wkraczamy w zasadniczą część biegu Morgana, która jawi się zasnutą mgłą linią bardzo odległej mety.

ﯽﯽﯽﯽﯽﯽﯽﯽﯽﯽﯽﯽﯽﯽﯽﯽﯽﯽﯽﯽﯽﯽﯽﯽﯽﯽﯽﯽ    

Richard Morgan jest bardzo ciekawą postacią. Jawi się nam jako osoba niezwykle silna, cicha, cierpliwa, nie wypowiadająca zbyt wielu słów jednak mająca swe zdanie postępując wedle niego, nie szukająca tłumów a wręcz stroniąca od nich... Zastanawiałam się w pewnym momencie czytania czy może on denerwować czytelnika jawiąc się jako hm osoba nie dająca się ponieść żadnym słabościom (jednak potem się przekonałam, że takowe też posiada) czy może troszkę flegmatyczną. Czasami jawi się on jako zagadka...

 

„Tylko pan Thistlethwaite patrzył na Richarda,i to z politowaniem. Czy on nigdy nie miał możliwości decydowania o swoim losie? W bladoszarych oczach na przystojnej twarzy Richarda Morgana nie kryła się ani złość, ani niezadowolenie. Chryste panie! Ależ on ma cierpliwość! Cierpliwość dla swego ojca, dla żony, dla matki, tej całej klienteli, kuzyna Jamesa aptekarza – ta lista nie ma końca. Wydaje się, że jedyną osobą, dla której Richard byłby skłonny walczyć, jest William Henry i nawet wówczas załatwiłby to po cichu, z pewnością bardziej nieugięty niż cholerytyczny. Co w Tobie siedzi, Richardzie Morganie? Czy Ty w ogóle znasz samego siebie? Gdyby Dick był moim ojcem, to przyłożyłbym mu pięścią tak, że zwaliłby się na podłogę. A Ty tolerujesz jego kaprysy, jego wybuchy i zaczepki, jego krytycyzm, nawet jego mało ukrywalną pogardę dla Ciebie. Jakaż jest Twoja filozofia?

Skąd czerpiesz swoją siłę? Bo wiem, że ją masz. Ale czy ma ona jakiś związek z rezygnacją? Nie, to niezupełnie to. Jesteś dla mnie zagadką, a mimo to bardziej Cię lubię niż wszystkich innych ludzi, jakich znam. I boję się o ciebie. Ale dlaczego? Mam bowiem przeczucie, że taka cierpliwość i wyrozumiałość pokusi Boga, żeby cię wypróbować.”

„On nie lubi scen, to mężczyzna, który pozostaje w cieniu. Nie chce wyróżniać się od reszty, a jednak wybija się dzięki swym zdolnością i zaletom. Nic nie zdoła skruszyć tego pancerza, nic nie jest w stanie go osłabić, nic nie odciągnie go od tego, co uważa za swój cel. ... Nic o nim nie wiem, bo nigdy o sobie nie mówi. Kiedy jest zły, wiadomo to tylko po innego rodzaju ciszy, po czym zabiera się do osiągania tego, co chce, w inny sposób ...”

 

 

 Collen McCullough w swej powieści pokazuje też historię narodzin Australii i wszystko to co temu towarzyszyło – wyprawa setek więźniów w nieznane, gdzieś gdzie jeszcze żaden biały człowiek się nie zadomowił i nie ujarzmił tamtejszej ziemi. Zaznajamiamy się przy tej okazji z systemem angielskiego więziennictwa końca XVIII wieku. Dowiadujemy się, iż złodziejka paru kapeluszy czy złodziej pokaźnej sumy pieniędzy praktycznie dostają taką samą karę a najczęstsza była to kara śmierci bądź wysiedlenie z Anglii. Takie a nie inne z powodu przepełnionych więzień, do których często trafiali ludzie niewinni bądź drobni złodziejaszkowie. Wysyłanie do innych krajów bardzo się spodobało ówczesnym władzom jako sposób pozbycia się problemu. Z powodu niezbyt udanego pomysłu wysyłki do Afryki angielski rząd postanowił spróbować z miejscem odkrytym przez Cooka położonym gdzieś hen daleko od kraju. Przerażające są warunki w jakich transportowano więźniów traktując ich dosłownie jak bydło a może i jeszcze czasami gorzej... W oczy kłują chciwi kontrahenci, obojętni urzędnicy przerzucający papiery, pijący łapczywie porto baronowie i admirałowie.

 „Nikt nie wiedział co robić, nawet żałosny i doprowadzony do rozpaczy mały gubernator Phillip. Wszystko nie było ani dobrze zaplanowane, ani też nie wyposażono nas odpowiednio. Nikt w Whitehall nie przygotował planu działań, a kontrahenci oszukiwali zarówno na jakości jak i na liczbie ubrań, narzędzi i innych wysłanych z nami niezbędnych rzeczy. Nie jestem pewien jak to przetrwaliśmy, poza tym , że jest to chyba dowód wytrwałości i wytrzymałości tych ludzi. Twierdzenie, że Anglia dała nam tu drugą szansę, jest nieprawdą, Nie dano nam tu żadnej szansy, ani pierwszej ani ostatniej.”

A jak odczuwali tę wyprawę Ci w lepszym  położeniu się znajdujący od więźniów – ich kapitanowie, dowódcy? Oto wypowiedź jednego z nich:

„ – Panie Donovan, dlaczego zdecydował się pan na tę niepewną wyprawę, tam gdzie, jak dotąd, dotarł jedynie kapitan Cook? Piękne niebieskie oczy rozjaśniły się. – Dlatego, Richardzie, że chcę być częścią historii, nieważne ja mało znaczącą. Wyprawa, na którą się wybraliśmy, jest jak opowieść – to nie jest jakiś tam marsz do starych, znanych już miejsc, nawet jeśli miejsca te mają tak ponętne nazwy jak Cathay....robimy coś, czego jeszcze nikt nie dokonał. Zabieramy ze sobą ponad tysiąc pięćset nieszczęsnych ludzi, aby zaczęli żyć na dziewiczej ziemi bez żadnego przygotowania...bez żadnego przygotowania, planu, i bez żadnych skrupułów. ... Prawda jest taka, że nie znaczycie więcej niż jedno lub dwa dochodzenia parlamentarne. Nawet jeśli wszyscy zginiemy, ta wyprawa jest wielkim wydarzeniem historycznym i ja jestem jego częścią. I chętnie umrę, jeśli będzie trzeba.”

Historia Richarda Morgana jest prawdziwa. Pisarka opierała się na opowiadaniach jego krewnej a także starannie się przygotowała z zakresu sytuacji panującej w Anglii i ludzi wówczas żyjących wspaniale to wszystko przedstawiając, co jest dla mnie niewątpliwym plusem tej powieści pozwalając znaleźć się w tamtych czasach i zaistniałych sytuacjach. Historia jednak myślę, że może niektórym wydawać czymś trochę banalnym i przewidywalnym (sielankowe życie a potem wszystko staczające się na samo dno) jednak dobrze i szybko czytało mi się tę dość sporawą książkę:)

 

  Ocena: 5-/6 
22:39, paulina654
Link Komentarze (6) »
niedziela, 04 maja 2008

"Kobieta z wydm" Abe Kobo

„Got a one way ticket to the blues,woo woo – „

“To smutny blues o bilecie w jedną stronę”... Jeśli chcesz śpiewać, śpiewaj sobie. W rzeczywistości ludzie schwytani w szpony biletu w jedną stronę wcale nie śpiewają tego w taki sposób. A podeszwy butów mają tak cienkie, że płaczą, gdy nastąpią na kamyczek. Mają już dosyć chodzenia. I chcą śpiewać blues o bilecie powrotnym. Bilet w jedną stronę – to życie rozbite, w którym utracona została łączność między dniem wczorajszym i dzisiejszym, dzisiejszym i jutrzejszym. Tylko człowiek, który mocno trzyma w ręku bilet powrotny, może nucić przez nos tę pełną bólu pieśń o bilecie w jedną stronę...”

Niki Jumpei, 31-letni nauczyciel i zapalony entomolog postanawia podczas parodniowego urlopu wybrać się nad morze w celu łowienia owadów do swojej kolekcji. W czasie przeszukiwania piaszczystych terenów trafia do dziwnej wioski, w której „wszystkie domy wybudowano w wielkich jamach wydrążonych w zboczu wydmy”. Nie znalazłszy  tego samego dnia poszukiwanego chrząszcza postanawia przenocować, aby nazajutrz prowadzić dalej poszukiwania. Spotkany starzec pomaga mu znaleźć nocleg u pewnej wdowy. Zobaczywszy fatalne warunki mieszkalne nie zraża się wmawiając sobie iż nadarza się wyjątkowa okazja spędzenia nocy w niecodziennych  warunkach, wręcz prymitywnych. Radosne przywitanie przez kobietę i kusząca perspektywa kolejnego dnia przeznaczonego na poszukiwania robią swoje. Przecież to tylko jedna noc -  przekonuje sam siebie. Jak się okazuje mieszkańcy wioski mają wobec niego inne plany... i następnego ranka linowa drabinka stanowiąca jedyne wyjście z dołu znika a On pozostaje w piaskowej pułapce zostając praktycznie zmuszony do codziennego odkopywania domu stale zasypywanego przez piaski. Jak poradzi sobie z zaistniałą sytuacją? Czy będzie próbował uciec czy może pogodzi się z nią?

 

„ – Nie pojmuję tego... Może to jakaś pomyłka? ...-  Ale...- Skierowała wzrok gdzieś w stronę łokcia i powiedziała zdumiewająco pewnym siebie głosem – myślę, ze pan już zrozumiał.- Ja? Zrozumiałem? – nie mógł ukryć zaskoczenia.- Tak, myślę, że pan już musiał zrozumieć...- Co to ma znaczyć? – Mówił jąkając się z pośpiechem – To...to... po prostu spisek! Załatwiłaś pułapkę i myślałaś, że ja w nią wpadnę jak jakiś pies czy kot, że  polecę, gdy tylko zobaczę samicę.  ...-         To nie są żarty! Nonsensy też mają swoją granicę! Toż to po prostu bezprawne pozbawienie wolności! Nie byle jakie przestępstwo! ...” 

Wyobraź sobie, że mając swoje życie – pracę, obowiązki i rodzinę – zostajesz nagle pozbawiony tego wszystkiego co Ci znajome i dające pewne poczucie bezpieczeństwa. Ktoś nagle rzuca Cię na zupełnie inną ścieżkę – obcą, pełną zagadek – i każde Ci iść wyznaczonym przez niego tempem nie dając możliwości powrotu, odwrócenia się do tyłu. Albo, że dostajesz bilet, który okazuje się być do kraju pełnego obcych Ci ludzi i zupełnie innej kultury. Nie podoba Ci się tam  i nie możesz się zaaklimatyzować. Chcesz wrócić do domu, ale biletu powrotnego nie masz choć wydawało się, że był zapewniony. Właśnie w takiej sytuacji znalazł się bohater książki Abe Kobo. „Czyż jest dopuszczalne chwytanie w sidła – zupełnie jak mysz czy owada – pełnoprawnego człowieka, który posiada zaświadczenie o ubezpieczeniu zdrowotnym, opłacił podatki, pracuje i jest zameldowany? Nie mógł w to uwierzyć.”  No właśnie, przecież każdy z nas będąc człowiekiem domaga się poszanowania Jego praw i wolności wyboru. To my sami chcemy kierować swoim życiem i podejmować sami decyzję. „Wszystko przygotowane – miał wrażenie, że aż za dobrze wszystko przewidziano. Ale... co w ogóle przewidziano? On sam jeszcze nic nie wie.” 

 Pisarz doskonale przedstawił w „Kobiecie z wydm” reakcję człowieka na zaistniałą nową, wręcz absurdalną sytuację. Najpierw obserwujemy niedowierzanie, potem gdy doszło to wszystko do świadomości Nikiego pojawiła się złość, gniew i bunt. Wszelkimi sposobami stara się umknąć tej roli jaką na niego nałożono. Na koniec w wyniku nieudanych prób pojawia się akceptacja i co może dziwne, ale osiągnięcie pewnego

szczęścia. Dziwne bo czyż można znaleźć szczęście mieszkając w rozpadającym się domu, w warunkach prymitywnych i stale wykonując syzyfową pracę dostając w zamian praktycznie tylko to co pomaga przeżyć?

 A przecież wcześniej miało być dla Niego szczęściem i wielką radością znalezienie się w ilustrowanej encyklopedii entomologicznej jako odkrywca zupełnie nowego gatunku cicindeli...Jednak znalazł tam coś co nadało mu sens życia. A może właśnie znalazł tam swoje „ja” zagubione gdzieś w rozwiniętej cywilizacji?
Abe Kobo porusza też i inną problematykę. Zastanawiająca jest postawa mieszkańców wioski i tytułowej kobiety, którzy całe swe życie poświęcili na walkę z piaskiem, która nie ma końca.

– Czy żyje się tu tylko po to, by kopać piasek?- Przecież nie możemy po prostu uciec stąd nocą, prawda?Ogarniało go coraz większe zdenerwowanie. Nie miał zamiaru być wmieszanym w to życie. - Ależ tak, możecie! Przecież to proste! Jeśli tylko zechcecie, to wszystko jest możliwe!

- Nie, to nieprawda – powiedziała jakby od niechcenia, harmonizując oddech z rytmem łopaty. – Wioska istnieje właśnie dzięki temu, że pracujemy pilnie jak pszczoły przy usuwaniu piasku. Gdybyśmy tego zaniechali, nie upłynęłoby dziesięć dni, a zasypałoby całą wieś,
a potem przyszłaby na sąsiadów za nami!”
Praktycznie dla nich całym życiem stała się codzienna, pełna trudu praca z łopatą w ręce w celu zapobiegnięciu zasypania ich domostw i zniszczenia całej wsi. Może nasunąć się, że przecież mogliby przenieść się w zupełnie inne miejsce i tam osiedlić unikając problemu z piaskiem. Czemu tak nie robią? Odpowiedzią może być hasło wpojone w każdego mieszkańca wsi: „Kochaj swój dom.” ...

Prawdę powiedziawszy wybór tej książki był zupełnie przypadkowy. Nie dostawszy w mojej bibliotece wybranych książek, na chybił trafił wybrałam pierwszą lepszą z listy, praktycznie nic nie wiedząc o niej. Zanim zabrałam się do jej lektury zerknęłam na recenzje chcąc się czegoś dowiedzieć o autorze, książce. Przeczytawszy o porównaniach do twórczości Kafki w duchu jęknęłam. Nie za bardzo podeszła mi lektura „Procesu” danego autora w liceum jednak w następnej chwili powiedziałam sobie „a czemu nie?”. Może po tych kilku latach inaczej spojrzę na psychologiczny obraz człowieka wrzuconego w zupełnie obcą mu rzeczywistość? co zachęciło mnie do sięgnięcia po tę książkę i mówiąc szczerze... nie żałujęJ Może początek niezbyt mi się spodobał,  jednak z czasem zaczęłam razem z głównym bohaterem przeżywać wzloty i  Jego upadki tak iż stał się dla mnie nie taką tylko i wyłącznie książkową postacią ale postacią bardziej realną. Książka tak jak ruchome piaski wciągnęła mnie. Jednak jak to piaski swymi "dłońmi" wciągają Cię tak, iż zagłębiasz się w nie ale i kroki robią się wolniejsze ... Tak też momentami ciężko mi się czytało „Kobietę z wydm” - autor powodował u mnie zatrzymanie się chwilami dłużej nad pewnymi fragmentami, ale w celu zastanowienia się nad pewnymi sprawami. Myślę, że do łatwej i lekkiej lektury nie można tej książki zaliczyć. Jednak nie zniechęciły mnie nawet te trudniejsze dla mnie fragmenty, może ciutek nudne, gdyż bardzo chciałam dowiedzieć się jak dalej potoczyły się losy bohatera. Czy całkowicie się poddał, pogodził, czy może do końca próbował wydostać się z tamtej wioski? Bo pomimo tego iż w zasadzie na początku dowiadujemy się, że zaginionego nie znaleziono cały czas łudziłam się, że może jednak...bo czy jest powiedziane iż musiał powrócić do tego co było przed wyprawą? Nawet mówiąc szczerze nie chciałabym takiego rozwiązania... 
Tę mającą niepowtarzalny swój urok książkę Abe Kobo  polecam szczególnie dla tych, którzy lubią książki może nie mające zbyt dużo akcji a bardziej będącymi studium psychologicznym człowieka znalezionego się w absurdalnej sytuacji. 
Ocena: 5+/6

 

22:38, paulina654
Link Komentarze (8) »
sobota, 03 maja 2008

Gdyby nie Ona i Jej wizyta na moim blogu to pewnie nigdy o czymś takim bym się nie dowiedziała...

Gdyby nie to, że lubię składać rewizyty tym, którzy mnie odwiedzają to pewnie bym nie trafiła tam gdzie trafiłam;)...

Gdyby nie to, że bardzo lubię książki to pewnie bym się tego nie podjęła...

Gdyby nie to, że....

I tak oto od już 2 miesięcy razem z 39-cioma osobami zmierzam się z wyzwaniem przeczytania książek z każdego kontynentu przynajmniej po 1 sztuce:) Strasznie się cieszę, że Padma mnie pewnego dnia odwiedziła bo dzięki Niej odbywam obecnie podróż w nieznane mi dotychczas obszary książkowe. Pamiętam jak byłam zawiedziona, gdy przeczytawszy u Niej na blogu o pomyśle wyzwania czytelniczego zorientowałam się, że ówcześnie prowadzone już się właśnie kończyło:( Z niecierpliwością czekałam na kolejne i na szczęście nie musiałam długo czekać:) i ...przyznam się szczerze mam nadzieję, że po tym wyzwaniu będzie kolejne:) Widząc ilość osób chętnych uczestniczących w nim wydaje mi się, że może dojść ono do skutku:):):)

Dla tych. którzy pierwszy raz właśnie się stykają z zagadnieniem wyzwania czytelniczego "Książki z 6 kontynentów" chcę przybliżyć szczegóły akcji:

Zasada wyzwania jest prosta: każdy uczestnik spróbuje przeczytać po jednej książce z każdego kontynentu. Jeżeli ktoś nie przeczyta w wyznaczonym czasie tych 6 książek to obiecuję iż nikt nie oberwie mu głowy;) Po prostu ma to być przygoda a nie przykry obowiązek:) Można wybierać książki z listy (znajduje się tutaj), można spoza. Po przeczytaniu zamieszczamy recenzję na tym lub na własnym blogu.

Zasady:

1. Wyzwanie trwa od 6 marca 2008 r. do 30 czerwca 2008 r.

2. W tym czasie czytamy 6 książek z listy lub spoza niej. Można dodatkowo przeczytać i opisać książki o każdym kontynencie - reportaże, eseje itp.

3. Wybrane tytuły podajemy na stronie 6 kontynentow.blox.pl

4. Na blogu umieszczamy recenzje z przeczytanych książek. Mogą to też być linki, odsyłające do innych miejsc w sieci, na których ową recenzję zamieściliśmy.

5. Do wyzwania może przystąpić każdy, kto lubi czytać :  Należy tylko zgłosić swój udział na stronie: 6kontynentow.blox.pl.

6. Miło byłoby zamieścić na swoim blogu link do strony 6kontynentow.blox.pl :)

Wszystkich chętnych zapraszam serdecznie:) Jeszcze jest czas i spokojnie można przeczytać te 6 książek w ciągu 2 miesięcy a przynajmniej spróbować to uczynić:) To nie jest niecały tydzień, który ja miałam gdy dowiedziałam się o "Portretach kobiet":) a i tak przyznam się, że zaczęłam czytać książki z listy tego wyzwania czytelniczego:D Zgłoszenia można podawać w komentarzach tutaj :) Wówczas osoba chętna otrzymuje zaproszenie na blog drogą mailową:)

I tutaj już teraz serdecznie chciałabym podziękować Padmie:) Dziękuję Ci kochana za Twoje świetne pomysły, które wpadają Ci do główki:) Zobacz ile osób dzięki tym wyzwaniom zapozna się z nieznanymi im dotąd pozycjami książkowymi:) DZIĘKUJĘ:*

23:56, paulina654
Link Komentarze (2) »
piątek, 02 maja 2008

Ten stos kartek zebranych w całość sprawia iż można przenieść się w zupełnie inny świat...Oczyma wyobraźni widzisz dane miejsce, czujesz zapachy i rozpoznajesz poszczególne smaki... Te wymyślone często postacie stają Ci się nagle, nie wiadomo kiedy bliskimi Ci osobami...Śmiejesz się razem z nimi, czasami płaczesz a jeszcze kiedy indziej odczuwasz złość... Czasami po prostu nie możesz się oderwać i czytasz do końca pomimo późnej pory, gdy wszyscy już idą spać i po kolei gasną światła w oknach... Czytasz i nie masz dość a kiedy kończysz ostatnie zdanie myślisz sobie "Ach co za pech...dlaczego to już koniec"...

Tak oto wciąga magiczny świat książek. Kiedy się w nich zakochasz zostaje Ci to już do końca życia. Możesz w biegu codziennych obowiązków na pewien czas zapomnieć o nich, jednak jak trafi Ci się w ręce jakakowiek znów, oplata Cię jak sieć  i musisz przeczytać ją do samego końca...bo to nałóg a antidotum na niego mógłaby być tylko bezludna wyspa bez bibliotek i księgarń a może i tak coś by przypłynęło w falach oceanu umieszczone w butelce?;)

Nie wiem jak ale po prostu wyszło tak, że nie wiadomo kiedy stworzyłam ten blog ot sobie tak:) Z miłości do książek i ze spotkania się w sieci z jeszcze większymi ode mnie maniakami książkowymi :D Chociaż mniej od nich czytam to chciałabym gdzieś zapisać swe wrażenia  z lektury. Już troszkę książek w swym życiu przeczytałam jednak ma pamięć (dobra lecz czasami krótka)  jak jakiś złośliwiec nie chce ze swych zakamarków wydobyć wielu tytułów i autorów. Czytam odkąd nauczyłam się to czynić i bardzo szybko zapisałam się do poszczególnych bibliotek. Mój brat się śmieje, że miłość do książek mam chyba wpisaną w genach  i w naszej rodzinie chyba tak jest u płci pięknej gdyż to właśnie moja mama, siostra i siostrzenica nadrabiamy zaległości książkowe za całą męską część rodzinki:) Ciekawa zerkam na te młodsze latorośle i ich chęci sięgania po książki...

A zatem zaczynam prowadzenie tego oto bloga. Nie wiem jak często ale zawsze dając całą siebie będę zamieszczała me wrażenia po przebyciu pól szeleszczących kartek, które tak jak wiatr sprawia iż nasiona dmuchawca wędrują daleko w świat, w tylko sobie znanym kierunku...tak moje myśli za ich sprawą wędrują w coraz to inne obszary...mojej wyobraźni.

Nasze życie to krótka wędrówka, z której należy czerpać jak najwięcej, całymi garściami...bo jest tyle miejsc wart zobaczenia, tyle potraw  spróbowania, tyle osób  poznania i tyle książek przeczytania...         P.C.

Gra świateł - ścieżka

00:00, paulina654
Link Komentarze (4) »